Kursy angielskiego w Walii

autor dnia

Jedną z fajniejszych rzeczy, z którymi zetknęłam się w trakcie pobytu w UK, są kursy angielskiego: bezpłatne, w miejscowym college’u czy też, po walijsku, colegu.

Luksus nauki angielskiego w Wielkiej Brytanii

Pamiętam, że gdy uczyłam się angielskiego w szkole językowej (publicznym jeszcze się wtedy nie śniło o UE ani masowej emigracji) jako dziecko, a potem nastolatka i co jakiś czas, przeważnie na wakacje czy ferie, pojawiały się ogłoszenia o organizowanych kursach językowych w krajach anglojęzycznych, to ze względu na ich ceny, nie było nawet co marzyć o wyjeździe. Chociaż na kurs niemieckiego w zachodnich Niemczech jeszcze było nas stać.

Mając to w pamięci, jak również wszelkie inne opłaty za lekcje i kursy angielskiego w czasie roku szkolnego, w wakacje czy letnie obozy językowe w Polsce, uważam możliwość uczestniczenia przez co najmniej kilka miesięcy w kursie angielskiego tutaj za spory luksus.

No i wiecie, nauka czy studia w UK mają swój urok 😉 Nie tylko fajny poziom i warunki, ale też te gotyckie budowle, które wyobrażamy sobie, czytając np. książki o Harrym Potterze 😉

Poziom kursów językowych

Niemniej jednak droga na kurs była trochę kręta. Nie tylko metaforycznie… Drogi są tu wąskie, kręte i strome, gdy pojazdy mkną niczym strzały między kamiennymi murami i krążą po rozlicznych rondach, mnie wszystko wywraca się w żołądku. Dowiedziałam się o kursach dopiero po paru miesiącach pobytu i to chyba z lokalnej, darmowej gazety North Wales Chronicle, trafienie na właściwe zajęcia (metodą prób i błędów słabo ogarniętej pani z administracji) trochę potrwało, a na koniec okazało się, że kursów na naprawdę wysokim poziomie (C2) właściwie nie ma. Myślę, że znalezienie kursu przygotowującego do certyfikatu CPE jest tu równie trudne, co w Polsce. Może wynika to też po części z faktu, że obecnie certyfikat ten daje mniejsze możliwości np. w kwestii przyjęcia na studia. Od tego są teraz inne egzaminy…

Jak wygląda kurs angielskiego w UK

Kurs tak naprawdę nie różni się wiele od zajęć, na które uczęszczałam w Polsce. Poza tym, że był bezpłatny 😉 Oczywiście nauka przebiega w bardziej naturalnych warunkach, kursanci mają motywację lepszą niż „wykucie” słówek na klasówkę, bo używają angielskiego głównie w pracy lub na uczelni albo do załatwiania codziennych spraw. W mojej grupie większość stanowili Polacy (pozdrawiam Tomka 🙂 )i Hiszpanie. Nauczyciel to native speaker, a jednocześnie native speaker to nauczyciel. Brzmi to może dziwnie, ale w wielu szkołach językowych w Polsce zajęcia podzielone są między dwóch prowadzących: Polaka-anglistę z przygotowaniem pedagogicznym i native speakera, będącego często zupełnie przypadkową osobą, która wyszła z założenia, że jak już jest w Polsce i jej językiem ojczystym jest angielski, to sobie trochę dorobi, a szkoły językowe wydają się często podzielać to założenie i zatrudniają takich ludzi. Być może na zasadzie na bezrybiu i rak ryba…

Materiały do nauki są takie same. Trochę mnie to rozczarowało, bo miałam nadzieję, że pod pojęciem English for Life nie będzie się kryło np. powtarzanie nazw najbardziej wymyślnych i egzotycznych sportów ekstremalnych, ale raczej nacisk będzie położony na używanie angielskiego w codziennych sytuacjach. Tym chętniej notuję słownictwo i zwroty „z życia wzięte” podawane przez nauczyciela. Kiedyś uważałam to za zwykłe zawracanie głowy, bo i tak później w testach stanowiących komplet z podręcznikiem te dodatki się nie pojawiały. Teraz to jest for real ;-).

You may also like