Kwestia jednej godziny. Wyspy Brytyjskie a Półwysep Krymski

autor dnia

Najdalej od domu byłam, jak dotąd, o godzinę. Drogi? Nie, nie drogi. Godzinę różnicy w strefie czasowej: na Wschodzie na Półwyspie Krymskim, a na Zachodzie na Wyspach Brytyjskich. Godzina robi ogromną różnicę, nie tylko w odległości, ale też w mentalności. Dlaczego tak myślę? Na niewielkim kontynencie europejskim, zajmowanym głównie przez kraje UE, dążenie do jednolitości jest silne. Jedna strefa czasowa (przypadkiem ta niemiecka 😉 ) jest po prostu wygodna politycznie i ekonomicznie. Pamiętam z lektury książek Steffena Möllera, że obserwował podobne zjawisko w Polsce. Ta sama strefa czasowa, co w Niemczech, a zmrok zapada szybciej. Była chyba nawet taka scena opisana, że jego brat grał w ping-ponga w Niemczech, a Steffen w tym samym momencie w Polsce nie mógł już czytać bez sztucznego światła. Praktyczniej było by może mieć tę samą strefę czasową co Ukraina, no ale wiecie, Polskę strasznie ciągnęło na zachód przez ostatnie lata (ostatnie tysiąc?). Inna strefa czasowa, zwłaszcza gdy jest to tylko jedna godzina, wymaga w Europie trochę… nonkonformizmu, a żeby ten wykazywać, trzeba się jednak od reszty (umieć) różnić. I te różnice widać i w UK, i na Ukrainie.

Turystyczna odyseja

Postój we Lwowie

wąska uliczka we LwowieDo obu krajów odbyłam też najdłuższe w życiu podróże. Na Ukrainę pojechałam z Krakowa. Najpierw autobusem do Lwowa. Piękne miasto, chociaż oczywiście trochę podupadłe miejscami. Coś jakby mieszanka Włoch i Kuby 😉 Mimo męczącej nocy w autobusie, we Lwowie można było szybko odzyskać siły. Pyszne śniadanie w restauracji w dobrej cenie, piękna pogoda i architektura i różne ciekawostki 😉 Bardzo podobały mi się wozy z pysznym kwasem chlebowym, zwanym żartobliwie słowiańską colą 😉 Napój lekko gazowany, minimalnie alkoholowy, bardzo orzeźwiający. Raczej nie paleo, więc teraz bym tak chętnie nie piła 😉

Na pewno bardzo paleo była natomiast… toaleta na dworcu. Stan na 2009 r. był taki, że po odstaniu w kolejce wchodzę do kabiny, którą przed chwilą opuściła jakaś starsza pani w chustce na głowie i… widzę dziurę w podłoze. W jakimś klepisku można chyba nawet powiedzieć. Pierwszy raz coś takiego widzę. Myślę sobie, pewnie zepsuta, powinna być zamknięta albo jakaś informacja chociaż, że nie czynna 😀 Wyszłam szybko i oczywiście nie korzystając, coś tam mamrocząc po polsku, że chyba toaleta zepsuta. Ciekawe, czy ktoś mnie zrozumiał 😀 Całe szczęście, już takich przybytków więcej nie spotkałam (albo sobie nie przypominam).

Inna ciekawostka, w całym kraju należy uważać na ludzi z różnymi zwierzakami (ptaki drapieżne, wielbłądy, krokodyle, świnie, co tylko), którzy namawiają do zdjęcia z nimi, a potem oczywiście żądają zapłaty. Zwłaszcza, jak ktoś nie zna rosyjskiego, to może mieć potem sporo do zapłacenia. Nie polecam.

We Lwowie, poza pysznym śniadaniem w restauracji i orzeźwiającym kwasem na ulicach, była też inna ciekawostka kulinarna. Bardzo żałuję, że nie mam zdjęć. Może jeszcze kiedyś się uda? Może w maju w Kijowie, kiedy kwitną kasztany? Mianowicie: sklepy spożywcze. Nawet te większe ciężko było nazwać supermarketami. Bliżej im było do jakiegoś Społem niż do Lidla, Aldiego czy Tesco, które widać chyba w każdym kraju UE… A w tych sklepach… Oczywiście wszystko, ale najbardziej zapamiętałam niesamowity, lekko drażniący zapach mięsa, które w gorący, letni dzień nie było wcale zafoliowane i nie leżało w lodówce, ale trochę jak kiedyś u rzeźnika, luzem na ladzie, a nad tym wszystkim chodził wiatrak i latały muchy… Ojciec mi potem opowiedział, że w Polsce też tak było powiedzmy w latach 70. (a może i później?). Ja jednak nie pamiętam, bo moje pierwsze wspomnienia ze sklepów to kryzys, komunizm, brak wszystkiego, a a potem supermarkety ze sztuczną pseudożywnością.

pociąg odjeżdżający z dworcaNajdłuższa podróż pociągiem

Po dniu we Lwowie kolejnym etapem była podróż pociągiem, chyba do Sympferopola, a stamtąd autobusem do hotelu w Jałcie. Czas podróży jakieś 24 godziny 😀 Mając kiepskie doświadczenia z PKP, zastanawiałam się tylko, ile jeszcze będzie do tego opóźnienia. Ku mojemu zaskoczeniu pociąg był punktualny co do minuty! Podróż w wagonie przypominającym polską kuszetkę była nawet w miarę wygodna. Jedynie za oknami monotonia: same pola uprawne i pustkowia. Praktycznie nie widać było żadnych miasteczek czy wsi – wszystko schowane za często dużymi i zdobnymi dworcami.

Na dworcach pociąg czasem stawał i można było wtedy wyjść na krótką przerwę na peron i kupić do jedzenia małe co nieco od starszych pań, które wcześniej przyszły tam, nosząc kosze z jedzeniem przymocowane chustami do głowy i pleców. No i czego tam nie było do jedzenia… Bardzo żałuję, że nie zrobiłam zdjęć. Teraz natrzaskałabym ich do oporu. Były świeże owoce, suszone ryby, różne wypieki oraz najlepsze pierogi, jakie w życiu jadłam: z wiśniami. Tak dobre, że chyba nawet teraz bym je zjadła, gluten czy nie. W pociągu od konduktorki można było kupować napoje. Alkoholowe i nie tylko. Myślę, że taka wyprawa to trochę przedsmak kolei transsyberyjskiej albo chociaż połączenia Berlin-Moskwa 😉 Co do jedzenia, to najlepsze były posiłki w hotelu. Dopiero po latach doceniam: już od rana kotlety schabowe, cukinia, bakłażan i inne warzywa oraz woda mineralna. Koniecznie butelkowana. Innej nie piłam i nie miałam większy problemów trawiennych w przeciwieństwie do osób, które choćby korzystały z gorącej herbaty na stołówce. A nie jakaś bagietka z dżemem czy inny syf. Za to jedzenie poza hotelem rozczarowujące. W restauracjach nie szło dogadać się w żadnym języku poza rosyjskim, a w sklepach cena nagle się przesuwała i zmieniała 😉 Do tego pełno słodkiego.

Druga podróż przebiegała na trasie północna Walia (okolica Bangor), przez Dover (prom) i postój na zwiedzanie Paryża, a potem dalej do Polski. Wszystko autem w trzy dni. Co najmniej, jak nie bardziej męcząca. Za to zobaczyłam Dover, płynęłam dużym promem i zwiedziłam Paryż, o czym pisałam tutaj.

Egzotyczna kraina

Oba miejsca okazały się być dla mnie dość egzotyczne, przy czym po Ukrainie się tego spodziewałam, a po UK nie. O Ukrainie wiedziałam i nadal wiem niewiele. Tyle, co w szkole było na historii. Nie znam języka ani nawet alfabetu, a językiem oraz literaturą angielską i w ogóle anglosaską nasiąkałam od najmłodszych lat. Z jednej strony kultura słowiańska, w którą się wrodziłam, z drugiej germańska, w której się wykształciłam i do której się wyprowadziłam. Na spotkanie z Ukrainą przygotowywałam się parę dni, jakiś przewodnik, rozmówki, słownik. Na spotkanie z UK przygotowywałam się latami, czytałam historię kraju, literatury, języka, oglądałam filmy, słuchałam piosenek, przeglądałam wiadomości w internecie, z czasem wszystko w oryginale. Jednak ze strony obu krajów spotkały mnie niespodzianki. Na pewno na jedną z nich byłam przygotowana, a drugiej wcale nie przeczuwałam. A oto dlaczego.

Podobieństwa między Wielką Brytanią i Krymem

Zaskoczyć mogą już podobieństwa między Krymem a Walią, zwłaszcza w porównaniu z Polską. Podobieństwa na pierwszy rzut oka, tu i teraz. W obu miejscach klimat jest morski. Przy czym ja zdecydowanie preferuję krymski, prawdziwie śródziemnomorski, jaki na przykład panuje w Jałcie. W obu wznoszą się nad morzem góry i skały:

Okolica Llandudno w Walii…

… okolica słynnego Jaskółczego Gniazda.

skały nad morzem

W obu miejscach widać pióropusze palmy powiewające na wietrze. Na Krymie ten widok nie dziwi, w Walii, według mnie, trochę owszem, zwłaszcza zimą:

palma pokryta śniegiem w donicy

Palmy w krymskim Nikickim Ogrodzie Botanicznym na Krymie…

palmy w Nikickim Ogrodzie Botanicznym

W obu poznałam nową odmianę plaży, zupełnie inną od bałtyckiej piaszczystej czy trawiastej znad Morza Północnego – kamienistą. Wygląda ciekawie, ale niezbyt fajnie się z niej korzysta.

Tak w Walii…

stopy na kamienistej plaży

… jak na Krymie, chociaż te ostatnie ze względu na temperaturę łatwiej zagospodarować turystom i często kamienie ciężko nawet wśród tych turystów dostrzec.

ludzie na plaży

Na takiej kamienistej plaży aż tęskni się za suchym, miękkim, złocistym piaskiem. Z krymskich i walijskich plaż można dostrzec, przy dobrej pogodzie i odpowiedniej dozie szczęścia, delfiny. Krymskie mają jednak trochę mniej szczęścia, bo często lądują w delfinarium. W obu można wypatrzeć jadowite pająki. Na Krymie występuje mylony z czarną wdową karakurt, a w Wielkiej Brytanii dla odmiany… fałszywa czarna wdowa.

Tak na Krymie, jak w Walii zachwyca bogactwo historycznych warstw kulturowych. Na Półwyspie Krymskim można spotkać starożytne ślady Greków, jak na przykład w Chersonezie Taurydzkim – ruinach antycznego miasta. Jak na razie, to najbliżej antycznej Grecji byłam właśnie na Krymie 😉

ruiny greckie

W Wielkiej Brytanii natomiast pozostało mnóstwo śladów Rzymian, jak np. ruiny amfiteatru w Caerleon – małej, ale ciekawej miejscowości w południowej Walii, o której więcej przeczytacie tutaj.

ruiny rzymskiego amfiteatru

Podobnie oba kraje nawiedziły plemiona germańskie, w przypadku UK oczywiście Anglowie i Sasowie, a na Krymie osiedlili się Goci (na ich ślady akurat osobiście nie nastąpiłam, a żałuję, bo pamiętam, jak się wnikliwie studiowało ich losy na germanistyce, a kiedyś to i nawet język gocki…).

Niektóre warstwy kulturowe oczywiście się różnią i wydaje mi się, że Krym ma ich w odległej przeszłości  nawet więcej jak np. skalne miasto Karaimów czy słynny tatarski Bakczysaraj, który mnie od razu kojarzy się z romantyczną poezją Adama Mickiewicza…

Natomiast w kraju Walijczyków można zobaczyć prehistoryczne megalityczne kamienne budowle jak Bryn Celli Ddu.

Czy potężne angielskie fortece jak Caernarfon.

zamek w walijskim Caernarfon

W obu miejscach znajdziemy też polskie ślady, związane zwłaszcza z drugą wojną światową; na Krymie z jeszcze wcześniejszymi czasami, a w Wielkiej Brytanii także późniejszymi, aż do całkiem współczesnych. Chyba nawet prędzej dogadamy się w UK po polsku niż na Ukrainie. A już na pewno prędzej znajdziemy w Wielkiej Brytanii osoby polskojęzyczne.

Oba regiony są, historycznie rzecz biorąc, chrześcijańskie, ale jeden prawosławny, a drugi protestancki, wręcz purytański.

Cerkiew w Jałcie…

cerkiew

… i kościół w Aberystwyth w środkowej Walii.

kościół protestancki

Oba regiony mają szczególną sytuację demograficzną i językową. Krymsko-rosyjska w ostatnich miesiącach bardzo się skomplikowała. Walijska ma się dobrze. Na północy panuje prawdziwa dwujęzyczność, o czym pisałam tutaj. Na Krymie bez rosyjskiego ani rusz, a wszelkim innym językom mówiono tam niet. W Walii angielski wystarczy, zwłaszcza, jeśli jesteśmy tam tylko turystycznie.

Tyle przynajmniej widziałam i dowiedziałam się o podobieństwach po kilkunastu dniach na egzotycznej Ukrainie i kilku miesiącach w również dość egzotycznej Walii 🙂

You may also like