Przed podróżą. Dieta polska, bezmleczna i azjatycka

autor dnia

Oto moja dietetyczna historia 😉 A w każdym razie jej spora część 😉 A wszystko zaczęło się w nie tak wcale zamierzchłych czasach, tj. w połowie lat 80. ubiegłego wieku 😉 Pamiętam, że było wtedy bardzo polsko, przaśnie i komunistycznie. Kiedy pierwszy raz dostałam jako dziecko do zjedzenia banany i pomarańcze, kategorycznie odmówiłam, bo przecież to sztuczne, a plastiku się nie je 😀 Jednak to, że nie wszystko można było kupić w sklepie i że nie było jeszcze supermarketów, miało też swoje plusy.

Dieta „za komuny”

wiejskie podwórko ze studnią i stodołą

Nie wychowałam się w galeriach, nie jeździłam jako dziecko w sklepowym wózku po alejkach w hipermarkecie, dlatego nie uważam tego, co przeważnie się dziś tam kupuje za jedzenie, tylko w większości za śmieci i nie mam problemu z rezygnacją z produktów na korzyść prawdziwego jedzenia.

Doceniam targ, lokalnych rolników, domowe przetwory i wyroby. Uważam, że przygotowywanie sobie posiłków w domu, bez jakiś gotowców, to naturalna podstawa naszej egzystencji. Reszta to nabijanie kabzy korporacjom typu big food i big pharma.  Ale po kolei.

Tradycyjna, rolnicza wieś już wtedy w moich stronach wymierała, ale jeszcze zdążyłam się zapoznać z urokami takiego życia choćby na wakacjach i zasmakować np. w podrobach, o których przeczytacie więcej tutaj.

Pamiętam przełomowy moment pojawienia się kapitalistycznych, zachodnich chipsów! Wow. Ale ich konsumpcja szybko się skończyła, jak stwierdziliśmy, że chyba nie jest to najzdrowsze jedzenie… Były też słodkie bułeczki w sklepiku szkolnym, moment, kiedy pojawiła się znowu moda na ciemne pieczywo (farbowany chleb). A potem nastąpiła ekspansja supermarketów, konserwantów i psucia żywności. Zaczęły krążyć zatrważające pogłoski o chemii dodawanej do wędlin, mięsa czy pieczywa. Żywność coraz szybciej i bardziej się zmieniała, a na nas padł strach i zaczęło się szukanie alternatyw.

„Leczenie” dietą bezmleczną

szklanka mleka wielbłądaW moim młodym życiu pojawiła się tajemnicza „alergia” objawiająca się suchą skórą między palcami (faktycznie było to atopowe zapalenie skóry) i… ktoś uznał, że najlepiej będzie, jak spędzę resztę życia na diecie bezmlecznej. Tak po prostu.

Oczywiście dieta ta polegała na wykluczeniu wszystkich produktów mlecznych. Li i jedynie. Nic w zamian, żeby jakoś zbalansować tę wyrwę w jadłospisie. Mogłam sobie tylko popatrzeć na to, co inni jedli… Aha, no i podobno powinnam jeszcze do tej pory być za to bardzo wdzięczna, że tak mnie bezmyślnie uszczęśliwiono na siłę.

Co było robić? Jadłam więc codziennie chleb i ziemniaki… Dopiero niedawno się dowiedziałam, że mogą mi one szkodzić równie mocno jak mleko, a niektórym nawet bardziej…

Wtedy nie miałam jeszcze możliwości i umiejętności, żeby zabrać się za temat. No i nie było jeszcze dłuuuuuuuugo powszechnego dostępu do internetu, więc ciężko było się czegoś dowiedzieć. Trzeba było się też uczyć angielskiego, żeby potem szybko rozumieć, co się dzieje na świecie.

Komunizm i ładnych parę pierwszych lat po jego upadku miały też tę wadę (inne, jak kartki żywnościowe, kolejki, zakupy spod lady, znam już tylko z opowieści), że nie można było sobie ubogacić diety wartościowymi, zagranicznymi produktami jak… oliwki, awokado, olej kokosowy czy bataty.

Tak leciały latka, kłopoty ze zdrowiem to pojawiały się, to znikały, ale jednak sukcesywnie zwiększały, a moja wiedza na temat zdrowia, jedzenia i gotowania nadal była żadna. Poszłam na studia i ponieważ w pewnym momencie nie mogłam sobie pozwolić na codzienną porcję pierogów na wydziałowej stołówce, co było niewątpliwie niezwykle zdrowe, to nauczyłam się przyrządzać moją pierwszą potrawę: naleśniki na wodzie 😀 Mąka, cukier, jajka, woda, dżem… Gdyby było tam jeszcze mleko, już na pewno nie mogłoby być gorzej. Niestety, cotygodniowe naleśniki na długo zagościły w moim życiu. Pod koniec studiów i podczas kryzysu zdrowotnego związanego ze skórą żywiłam się przez moment tylko rzekomo zdrowym chlebem z oliwą…

Fascynacja kuchnią azjatycką

Potem, jak trochę ozdrowiałam, przeżywałam fascynację kuchnią azjatycką. Jak nigdy nie lubiłam ryżu, tak teraz prawie codziennie lądował na moim talerzu. Dzięki temu, że albo często jeździłam za granicę, albo tam mieszkałam, miałam dostęp do produktów, sosów, przypraw czy innych dodatków z najprawdziwszych azjatyckich sklepów, które później wykorzystywałam w swojej kuchni. Albo chodziłam do restauracji i oczywiście uważałam, że kuchnia azjatycka jest najzdrowsza na świecie… Ryż, warzywa, brak mleka… Cudownie. Jeszcze do tego mnóstwo soi w różnych postaciach, brak mięsa, ciągle curry… Smakowała mi też kuchnia meksykańska, kukurydza, fasola, ryż, wszystko na ostro. I oczywiście nie mogłam zrozumieć, dlaczego coraz gorzej wyglądam i się czuję…

A tak się starałam. Do tego dużo stresu, mało snu, za intensywny sport i piwo: niemieckie, pszeniczne, przecież najlepsze. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy trzeba było znowu zacząć się ratować. Po raz pierwszy w życiu, po tym, jak przerobiłam fascynację psychologią, IT, ekonomią, prawem, polityką, edukacją, modą i mnóstwem innych rzeczy, postanowiłam się wreszcie dowiedzieć czegoś o podstawach swojej egzystencji. Zabrałam się za zdrowie. Zaczęłam od studiowania diet.

You may also like