Anglia vs. Walia. Gdzie dobrze, gdzie nie

autor dnia

Minął pierwszy miesiąc mojego drugiego dłuższego pobytu na Wyspach. Tym razem w Anglii, nie w Walii. Wrażenia niemal równie zaskakujące 😉 Po pierwsze: podoba mi się! Zaczynam rozumieć Polaków, którzy na Wyspy wyjechali i tam zostali: zadowoleni, nie zmuszeni. Po poznaniu warunków życia w północnej i środkowej Walii mieszkanie tutaj wydawało mi się masochizmem… Czyżby w Polsce było aż tak źle? Czy to przez brak porównania z innymi krajami? Zdumiewające, do czego ludzie są zdolni… A teraz podoba mi się tu, bo Anglia to przeciwieństwo północnej Walii!

Różnice między Anglią i Walią

Anglia – mentalnie bliżej Europy

Po pierwsze: mówi się tu po angielsku! W języku, który znam i którego uczyłam się latami, a nie po walijsku czy w jakiejś mieszance, o czym pisałam tutaj… Bristol jest też zdecydowanie bardziej otwarty i proeuropejski. To taki maleńki Londyn pod tym względem. Czasami czuję się tu też trochę jak w Berlinie: graffiti, hipsterskie targi i sklepy, mieszanka architektoniczna, a nawet widoczne piętno II wojny światowej, o czym pisałam tutaj.

Lepszy klimat

O ile przełom 2013/2014 był rekordowo brzydki pogodowo, o tyle rok 2015 zaliczać się będzie chyba do jednych z lepszych lat. Odkąd jestem w Bristolu, prawie nie padało. Jest cieplej niż w Polsce (gdzie, chyba też wyjątkowo, w październiku spadł już pierwszy śnieg). W ogóle tak ciepłej jesieni jeszcze nie doświadczyłam. Dopiero kilka dni temu założyłam ocieplany płaszcz. A najważniejsze: tu zmieniają się pory roku! Nie jak w walijskiej matni klimatu (więcej tutaj) z podziałem na porę bardziej deszczową i mniej deszczową. O ile północna Walia była jednym z najsłabiej nasłonecznionych miejsc na Wyspach, o tyle w Bristolu klimat jest wyjątkowo łagodny a dni słoneczne 🙂

Więcej rozrywki

metalowa konstrukcja z paneli słonecznych w kształcie drzewaMiasto… Jednak lepiej mieszkać w nie za dużym mieście, ale za to z lotniskiem, sensownymi połączeniami kolejowymi, w którego pobliżu są inne miasta / lotniska, a nie w położonym na końcu świata ostatnim przyczółkiem cywilizacji… Nie ma tu tylko kamieni i owiec… Tych ostatnich nie widziałam tu jeszcze wcale! Za to dużo atrakcji, sklepów, w tym polskich, muzea, galerie, teatry, restauracje, kawiarnie, centra handlowe, port… Samo miasto słusznie kojarzy się z czymś eleganckim jak hotel Bristol w Paryżu czy Warszawie. Jest kameralne, urocze, stare i nowoczesne jednocześnie, eleganckie i na luzie, a całość pasuje jak ulał.

Jest tu wszystko, czego dusza pragnie. Na nudę, monotonię, pogodę, odległość nie mogę narzekać. Podobnie jak na jedzenie, od którego Anglicy nawet nie specjalnie tu tyją. A właśnie Anglicy… Co w tym wszystkim najciekawsze: podobne zdanie mają o Walii wszyscy dotychczas poznani przez mnie rodowici Anglicy 😀 W dodatku nie są chorobliwie naduprzejmi. Czasami wydaje mi się, że ja bardziej tu przepraszam i dziękuję niż oni. Taki walijski nawyk, pewnie mi minie. Skoro nie wszystko da się załatwić za pomocą trzech magicznych słów, o których pisałam tutaj, to mam spore pole do konwersacyjnego popisu i nauki angielskiego, już nie na kursie, o czym pisałam tutaj, a w codziennym życiu.

Wyższy standard budownictwa

Na koniec słowo o domach. Nie są wcale takie straszne jak w północnej czy środkowej Walii, drewniane czy kamienne, zimne cholernie, zbudowane źle i jak na złość, wilgotne i zagrzybione, o czym pisałam tutaj… Mieszka się tu całkiem przytulnie i ciepło, nawet jak przez niekompetencję agencji mieszkaniowej wyłączą jesienią ogrzewanie i gaz… Krany są czasem pojedyncze, czasem podwójne, podobnie okna. Nie ma takiej paranoi przeciwpożarowej (tak, nie pada tu aż tak, żeby się coś miało zapalić od deszczu), nie trzeba się siłować z drzwiami przeciwpożarowymi do łazienki ani mieć okna oznaczonego zieloną tabliczką wyjścia ewakuacyjnego.

Po tym miesiącu rozwiały się moje obawy przed powrotem na Wyspy niczym niespotkana tu przeze mnie mgła. Nie przypuszczałam, że nie zatęsknię ani do tak ukochanego przeze mnie kontynentalnego klimatu, ani do polskiej żywności, której tu zresztą mam pod dostatkiem w polskich, tzw. tutaj „europejskich” minimarketach. Na pewno pomaga mi w tym dieta paleo i inne podejście do jedzenia, o czym możecie przeczytać tutaj. No i uświadomiłam sobie właśnie, że Walii tak naprawdę nienawidziłam 😛 Za to Bristol od razu mnie zauroczył.

You may also like