Rzym i okolice. Co warto zobaczyć i na co uważać

autor dnia

Pod koniec sierpnia miałam okazję spędzić kilka dni w Rzymie. Mój pierwszy pobyt we Włoszech był pełen super atrakcji, ale i niemiłych niespodzianek, których nie udało się uniknąć, mimo dość gruntownych przygotowań. Większość z nich dotyczyła… komunikacji i jedzenia. Zapraszam na moją relację i parę refleksji na tym, jak jeszcze lepiej przygotować się do zagranicznych wakacji.

Lato w Rzymie

ujęcie z wodą pitną w Rzymie obrośnięte roślinnością
Nasone, ujęcie z wodą pitną w drodze na Forum Romanum, Rzym 2017 r.

Wybór padł na Rzym ze względu na dobre połączenie lotnicze, klimat i oczywiście atrakcje turystyczne. Termin został wybrany na koniec wakacji, żeby jeszcze przedłużyć sobie prawie nie istniejące brytyjskie lato…

Letnie temperatury w Rzymie

Po kupieniu biletów, od znajomego Włocha dowiedziałam się, że sierpień to najgorętszy miesiąc w roku! Na szczęście temperatury bliskie 40 stopni skończyły się około połowy miesiąca… Pierwsza, późno popołudniowa fala gorąca była trudna do wytrzymania, ale potem jakoś poszło. Grunt to klimatyzacja w hotelu… Sam Rzym wydał mi się… bardzo europejski i dość pusty, ale to subiektywne wrażenia pewnie po niedawnym pobycie w Londynie.

Picie wody to podstawa

Zwiedzanie w upale bardzo ułatwiały ujęcia z wodą (wł. nasoni) zdatną do picia (były prawie co krok i chyba tylko w tych w Watykanie na pl. św. Piotra nie było wody). Pozwalało to też zaoszczędzić na wadze plecaka i trochę pieniądzach. Tylko przy jednym wisiała kartka, że woda nie nadaje się do picia, ale znaleźli się i tacy, którzy pili 😀 Ze źródełek korzystały też zwierzęta (a, co tam jezioro obok 😉 ), zwłaszcza, kiedy woda ciekła ze źródełek non stop, co akurat mi się nie podobało. Niedawno burmistrz miasta skarżył się, że w mieście brakuje wody i pojawiły się nawet obawy, że woda będzie racjonowana… Wodę piłam w małych ilościach, ale za to bardzo często. Co ciekawe, mój organizm albo tak szybko ją absorbował, albo wypacał, że dużo rzadziej niż gdziekolwiek i kiedykolwiek musiałam uczęszczać tam, gdzie król chodzi piechotą 😉

Słońce

Świeciło prawie cały czas. Już przed godz. 10:00 rano robiło się gorąco, a potem już tylko bardziej do jakiejś 19:00. Ja ogólnie lubię takie klimaty na wakacje, ale żyć tam i pracować… hm… Na pewno turyści nie muszą się obawiać deszczu, obładowywać ubraniami i parasolami oraz planować do ostatniej chwili alternatywnych scenariuszy na wypadek zmian pogodowych (typowe dla UK). I zawsze można schronić się gdzieś, gdzie jest chłodno np. w katakumbach, jakimś klimatyzowanym muzeum albo w cieniu pod drzewem w parku. Żeby nie poparzyć się na słońcu, zaopatrzyłam się w czapkę z daszkiem, chustkę na szyję i lniane koszule z rękawem 3/4 oraz lniane spodnie, w tym jedne długie, buty zakrywające stopy i jako ostateczność krem z filtrem (organiczny, filtr niezbyt wysoki). Co ciekawe, mimo przebywania od rana do wieczora na dworze, kolor mojej skóry nie zmienił się nawet minimalnie… Może sierpniowe słońce jest już bardziej jesienne i tak nie parzy mimo wysokiej temperatury i bezchmurnego nieba? Nie wiem, ale chętnie bym się trochę opaliła… Niestety krem zostawił mi żółte plamy na moich pięknych koszulach :/ Czy ktoś z Was może wie, jak uniknąć tego problemu w przyszłości (inny rodzaj kremu?) albo usunąć plamy z filtra?

Jak się dogadać w stolicy Włoch

W Rzymie i Watykanie nie było problemów z porozumiewaniem się po angielsku. Wszyscy mówili co najmniej dobrze, a przeważnie biegle albo byli native speakerami (Watykan). Do tego często w ofercie były inne języki np. nawet niderlandzki. Polski występował w formie „dzień dobry” w Rzymie, a w Watykanie i owszem, ale jego wpływ musiał zdecydowanie osłabnąć: podczas audiencji papieskiej był na szarym końcu, nawet za, o dziwo dla mnie, arabskim. Zresztą nawet gdyby Włosi nie mówili po angielsku… Włoski jest obłędnie prosty. Jeśli ktoś zna angielski, który dużo czerpał kiedyś z należącego tak jak włoski do rodziny języków romańskich francuskiego, sporo zrozumie i ze słuchu, i czytając. No i jeszcze ten akcent na drugą sylabę od końca jak w polskim. Słuchając raz włoskiego przewodnika mówiącego po angielsku zrozumiałam, jak strasznie nudni jesteśmy dla Niemców czy Brytyjczyków, kiedy klepiemy ciągle na jedną modłę 😉 Praktycznie z każdym zdaniem i z każdą chwilą uczyłam się nowego słowa. Co ciekawe, ani znajomość niemieckiego nie była szczególnie przydatna ani… łaciny, której zupełnie niepotrzebnie uczy się w liceach albo na studiach filologicznych. Z nauki włoskiego albo jakiegokolwiek języka romańskiego byłby w edukacji już większy pożytek. Ogólnie z włoskiego rozumiałam więcej niż z rosyjskiego na Ukrainie i po 3 dniach znałam zdecydowanie lepiej włoski niż walijski po 2 latach w Walii 😉

Co zwiedzać w Rzymie

kolumna rzymska na tle nieba
Kolumna na Forum Romanum, Rzym 2017 r.

Ruch, relaks i atrakcje

Hotel w centrum pozwalał na chodzenie po mieście i docieranie w większość miejsc pieszo, albo przejazd w jedną stronę autobusem i spacer z powrotem. Dzięki bliskości dworca głównego można było też łatwo dojechać w odleglejsze miejsca. Z wielu atrakcji Rzymu widziałam Koloseum (robi wrażenie). Warto kupić przed przyjazdem bilet przez internet z opcją skip the lines (16 euro), żeby było szybciej. Oczywiście kolejek całkiem nie unikniemy, bo najpierw trzeba z uprzednio wydrukowanym (!) voucherem stać do kasy po odbiór samego biletu, potem przejść kontrolę bezpieczeństwa („urok” współczesnego Rzymu czy Londynu), a następnie czekać na wejście zgodnie z godziną na bilecie (jeśli mamy na nim 9:00, to o 8:58 jeszcze nie wejdziemy, true story…). Bilet upoważnia do wstępu na sąsiadujące z Koloseum Forum Romanum i Palatyn (widoki jak z książek do historii robią wrażenie).

Jeśli ktoś lubi przyrodę, warto iść na dłuższy spacer do parku Villa Ada (dziko żyjące papugi i widoki jak z Afryki) czy ogrodów Borghese.  warto zobaczyć Schody Hiszpańskie, Fontannę di Trevi, Campo di Fiori, Area sacra dell’Argentina, Panteon, pomnik Wiktora Emanuela II oraz okolicę Portyku Oktawii obfitującą w zabytki z różnych epok. Już same budynki i uliczki w centrum są piękne, a wystawy sklepów obfitują chyba w najlepszej jakości dobra dostępne na tej planecie. Na ochłodę można też pojechać do katakumb (jak dla mnie średnio ciekawe, zwłaszcza gdy przewodnik przynudza monotonnym wykładem). Przy dłuższym pobycie warto pojechać do Ostii na plażę (godzinę pociągiem z dworca głównego). Na plażę wstęp jest bezpłatny i można się kąpać, ale trzeba… pozostać w odległości 5 metrów od wody 😀 Jakby nie można było zrobić plaży płatnej i bezpłatnej i po sprawie.

Watykan

Warto też wybrać się do Watykanu. W sierpniu nie potrzeba nawet załatwiać (bezpłatnych) biletów na papieską audiencję generalną na pl. Św. Piotra. Warto przyjść wcześniej, zwłaszcza latem. Nawet 1,5 godz. wcześniej, bo trzeba odstać swoje w kolejce, przejść kontrolę bezpieczeństwa, a papież może pojawiać się przed czasem. Na audiencję i do Bazyliki Św. Piotra należy odpowiednio się ubrać. Ale bez przesady. Wbrew temu, co przeczytałam na paru blogach, nie potrzeba wcale koszuli z długim rękawem i długich spodni/spódnicy. Należy oczywiście ubrać się przyzwoicie, bo nikt w stroju plażowym nie wejdzie, ale w ostateczności na zbyt eksponujące ubranie można założyć choćby długą chustę. Po audiencji przez jeszcze ok. 2 godz. nie wejdziemy do Bazyliki (czy przed audiencją także, nie wiem). Bazylika, cała w pięknych marmurach, robi wrażenie i zdecydowanie warto ją zobaczyć. A wracając z Watykanu można zobaczyć byłą siedzibę papieży, a obecnie muzeum: Zamek Św. Anioła.

Gdzie uważać na oszustów

Transport publiczny

Funkcjonuje dość sprawnie, a bilety dzienne nie są drogie (7 euro). Jednak korzystanie z włoskich środków transportu to jedno z najgorszych i najdroższych doświadczeń w całej wyprawie… Najpierw dojazd z lotniska do centrum miasta. Są różne opcje, ale na szybko padło na pociąg jadący bezpośrednio do dworca głównego Termini, czyli ekspres Leonardo. Informacja na stronie lotniska jest na ten moment błędna i podaje cenę biletu 11 euro, kiedy to w kasie płacimy 14. Następnie w hotelu płacimy jeszcze jakieś 12 euro za osobę podatku miejskiego i idziemy się dać oskubać na miasto… Wracając do transportu, powrót na lotnisko to był dopiero koszmar. Tym razem padło na transport miejski, podobnie nieprawdziwie opisany na stronie lotniska (5.50+1 euro). Kiedy wreszcie udało znaleźć się informację turystyczną na dworcu Termini, pan najpierw nie udzielił informacji, że istnieje inne połączenie niż ekspres Leonardo, a kiedy trochę pomogliśmy jego pamięci, stwierdził, że owszem można jechać metrem i potem pociągiem. Jak informuje bilet miejski, można jeździć na nim metrem, autobusem i tramwajem w obrębie całego miasta (a nawet dalej, np. do Ostii). Jeszcze przed przesiadką na pociąg konduktor zapewnił nas, że to właściwy pociąg, automat zaakceptował bilet, a potem konduktor sprawdził bilet w pociągu bez mrugnięcia okiem. Wysiedliśmy i… niespodzianka. Jakiś dziad przy wyjściu ze stacji na lotnisko nagle nas zatrzymuje i informuje, wbrew wszelkim możliwym wcześniejszym zapewnieniom, że bilet (bez żadnej na nim informacji), traci ważność na… przedostatniej stacji przed lotniskiem. I trzeba dopłacić do biletu, bagatela, 58 euro za osobę!!! Dobrze, że nie 200 za osobę, jak straszy potencjalnych gapowiczów informacja w pociągu. Skończyło się na… 58 euro, bo oszust oszukał nie tylko nas, ale i swoją oszukańczą firmę 😀 Przed wyjazdem wiedziałam, że Włosi chętnie oszukują turystów. Wiem to od samych Włochów. Oszustwa polegają na udzielaniu błędnych informacji, gdy turysta pyta o drogę (na szczęście mamy Google Maps) oraz na naciąganiu turystów. O ile drobnemu handlarzowi pod Koloseum się nie daliśmy, a w restauracji było to do przewidzenia (chociaż może niekoniecznie w formie podwojenia rachunku), to kiedy oszukuje się i kradnie w sektorze publicznym (błędne informacje o cenach biletów na pociąg czy do muzeów, nieudzielanie informacji lub mylących), to można chyba mówić już o dobrze zorganizowanej przestępczości, czy jak to było… mafii?

Rzym: gdzie (nie) zjeść

filiżanka włoskiej kawy ze śmietanąKatastrofa, mimo TripAdvisora, wcześniejszego researchu i poleceń od zaufanego Włocha. Pierwsza kolacja w byle jakiej restauracji: sałatka w sumie nie do końca widoczna w kolorowym świetle, woda w plastikowej butelce i… podwojona cena. Kelner coś mętnie tłumaczył o różnych sałatach. Do tego, jak dowiedziałam się później dzięki dyskusji na profilu bloga, może dojść opłata coperto (za obsługę), podatek będący oszustwem celującym w turystów, a nawet wysokie opłaty za… muzykę w lokalu.

Nie mam nic przeciwko zapłaceniu wysokiej ceny za dobre jedzenie, ale po pierwsze, ma być ono tego warte, a po drugie cena ma być z góry określona i niezmieniona. To była pierwsza i ostatnia kolacja w lokalu. Na mieście jedliśmy jeszcze raz obiad w… centrum turystycznym niedaleko Koloseum (ta sama, jak nie lepsza jakość i za mniej niż pół ceny), a resztę posiłków z braku czasu i z niesmaku do lokali gastronomicznych kupowaliśmy do hotelu (serwowane były tylko śniadania) w sklepach na dworcu (no, też bez szału, głównie sałatki ze względu na temperatury).

Z obiadu na lotnisku Fiumicino nic nie wyszło (skądinąd drogo), bo ostatnie euro wydane zostały na „dopłatę do biletu”, czytaj: ukradziono nam 60 euro. O pełnym paleo trzeba było zapomnieć, raz z ciekawości spróbowania czegoś innego i włoskiego, a dwa, że ze zmęczenia było mi już czasami wszystko jedno i zjadłam też trochę śmiecia.

Zakupy kulinarne

Kolejne rozczarowanie po transporcie, jedzeniu i nagminnych oszustwach i z nimi związane. Planowałam kupić sobie kawę do parzenia w domu i już coś sobie wybrałam w kawiarni z polecenia (na pl. Św. Eustachego, lokal o tej samej nazwie). Kawa była pyszna i chyba nawet warta ceny (4-5 euro), ale z zakupów zaraz zrezygnowałam po tym, jak ledwo siedliśmy, a przy stoliku pojawił się kelner i wyjaśnił, że za stolik też się płaci (drugie tyle). Niezłą „kulturę” mają. No, więc nic tam więcej kupiłam. Na lotnisko dotarłam z suszonymi pomidorami z supermarketu (cholernie słone) i dwoma włoskimi cytrynami (dorodne) z jakiegoś sklepiku, łyżeczką z drzewa oliwnego z targu i z nadzieją na kawę, jakiś ser, wyrób mięsny czy likier. Ceny oczywiście wysokie (wyższe niż w bogatszym i mającym nadal silniejszą walutę UK), ale i tak nie było za co kupić, bo 60 euro poszło na „dopłatę do biletu”, więc skończyło się na batonie Bounty i wodzie mineralnej, a kolacji w UK. Jedyne pozytywne doświadczenie kulinarne to były lody w lodziarni Grom (również z polecenia). Pyszne 🙂 Na wynos, więc obyło się bez niespodzianek.

Gdzie Rzym, gdzie Krym

Jak dotąd mieszkałam w 3 krajach, a w chyba 10 byłam turystycznie. Włochy były ciekawe i do ostatnich godzin miałam ochotę wszystko wybaczyć i jeszcze tam wrócić. Obecnie już nie mam. No, cóż, powiedzmy, że oszustwa też mają krótkie nogi. I tak dostaliby moje pieniądze, tylko miały być tak wydane, żeby obie strony były zadowolone, a nie tylko jedna, a druga zniesmaczona.

Naciąganie turystów

Rzym przypomina mi najbardziej… Krym prawie 10 lat temu (trudno powiedzieć, jak tam jest teraz). Na Krymie, a właściwie to na całej Ukrainie (zaczęło się we Lwowie), naciąganie turystów, zwłaszcza nierosyjskojęzycznych było standardem. Ale nie zdarzyło mi się to w restauracji. Zdarzyło w sklepie (pokazuję palcem, co chcę kupić, a pani przesuwa cenę i liczy więcej), przy jakiejś atrakcji turystycznej, która miała z góry (!) dwa rodzaje cen dla swoich i obcych oraz w przypadku osób z różnymi zwierzakami nagabującymi do zrobienia z ich pupilami zdjęcia. Nie powiem, że mi się to podobało, ale w porównaniu z Włochami, to muszę stwierdzić, że Ukraina biła je na głowę. Klimat na Krymie równie śródziemnomorski, piękne widoki i przyroda, mnóstwo warstw kulturowych, niskie ceny. Trochę naciągaczy, ale to były płotki przy Włochach. Pamiętam, tak dla porównania, jednego kierowcę autobusu na Krymie, który nawet nie chciał za bilet albo ludzi na targu, którzy wciskali słodycze za darmo akurat niesłusznie przerażonym potencjalnym złupieniem turystom. A do tego kraj spoza EU, biedniejszy, ze słabszą walutą. Można zrozumieć.

Problemy komunikacyjne

Jedyny prawdziwy problem na Ukrainie to była niemożliwość dogadania się ani po polsku (poza Lwowem), ani po angielsku, ani po niemiecku, ani po hiszpańsku, chociaż dało się jakoś przeżyć. Natomiast w Rzymie nie spotkaliśmy nikogo z obsługi, kto nie mówiłby ładnie po angielsku. Wszyscy grzeczni i uśmiechnięci na widok dojnej krowy, a w mieście pełno unijnych flag. Taka fałszywość też mnie nie nastraja pozytywnie do ponownej wizyty we Włoszech.

Bezpieczeństwo lub jego brak

We Włoszech nie było też jakoś szczególnie bezpiecznie. Na Ukrainie parę lat temu policja mocno pilnowała porządku. Może nie było wozów wojskowych i żołnierzy z karabinami pod muzeami, z czego też nie ma się co tak naprawdę cieszyć, ale nie uświadczyło się żadnego podejrzanego typa, ulice były czystsze, a okolice dworców nieśmierdzące. Natomiast w autobusie do Watykanu jakiś Azjata próbował wyrwać kobiecie torebkę i zaczęła się szarpanina na przystanku… Także i tak nie było najgorzej, nic nam w dosłownym tego słowa znaczeniu nie ukradziono czy nie wyrwano…

Mam też taką refleksję, że im dłużej mieszkam poza Polską, im więcej poznaję krajów, tym bardziej ją doceniam. Może w niewielkim stopniu powodem jest to, że „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, a bardziej duże postępy, jakie Polska zrobiła w ostatnich latach. Naprawdę dogoniliśmy Europę Zachodnią, a stosunek cen do jakości jest w większości przypadków bardziej korzystny w Polsce.

Jak nie dać się oszukać w podróży i gdzie zjeść

Jeśli jednak ktoś nadal ma ochotę na wizytę w Rzymie (w sumie Koloseum warto chociaż raz zobaczyć), to zdecydowanie polecam wykupienie lotu z transferem do hotelu, bo na trasie hotel-lotnisko jesteśmy najbardziej narażeni na nieprzyjemności. Jesteśmy często w pośpiechu, stresie albo zmęczeni i głodni po podróży i nie znamy jeszcze rzeczywistości na miejscu. Wyjazd all inclusive to też jakaś opcja, chociaż nie wiem czy najwygodniejsza. Co do jedzenia to polecam albo korzystanie z poleconych, sprawdzonych miejsc, albo omijanie lokali na korzyść zamówienia jedzenia na wynos lub kupowaniu w sklepach. Wtedy lepiej zamiast wydać raz kupę kasy na kolację w niepewnej restauracji, lepiej zainwestować więcej pieniędzy i kupować np. w eko markecie lub sklepie jedzenie smaczne i dobrej jakości. W sklepie raczej nas nie oszukają, a jeśli nawet, nie będą to jakieś ogromne sumy. No i łatwiej odłożyć towar z powrotem na półkę niż zwrócić posiłek 😉

Teraz zastanawiam się, gdzie spędzić następny urlop. Najchętniej w jakimś ciepłym europejskim kraju, gdzie można dogadać się po angielsku albo niemiecku, czuć bezpiecznie, mieć spokój, coś ciekawego do zwiedzania i nie być skubanym na każdym kroku. Jakieś sugestie? 😉

You may also like