Jak wyleczyć infekcję helicobacter pylori. Cz.II: praktyka

autor dnia

W poprzedniej części posta o helicobacter pylori pisałam trochę o historii tej bakterii i badań nad nią oraz o możliwych manifestacjach (bądź ich braku) infekcji, poszlakach i powiązaniach z innymi jednostkami chorobowymi. Teraz pokażę przebieg, diagnostykę i leczenie infekcji h. pylori praktycznie. Na sobie.

Infekcja helicobacter pylori: czynniki ryzyka i choroby towarzyszące

Mam grupę krwi 0, więc jak pisałam tutaj, mój układ odpornościowy nie rozpoznaje najlepiej h. pylori. Tu może tkwić początek moich problemów z tą infekcją.

Ponadto ok. 2013 r. pojawiły się u mnie przeciwciała tarczycowe. Może nawet wcześniej, ale wtedy uległam narzekaniom naturopatki i poszłam na badania krwi (tarczyca brzmiała wtedy tak abstrakcyjnie 😉 ). Lekarz, jak zobaczył później te wyniki, to się złapał za głowę i nawet dał mi skierowanie na USG (wyszło ok., bo już byłam po zmianie diety itd). Rok 2011 to był początek moich problemów ze zdrowiem, a co najmniej ich dostrzeżenia. Stres, niewłaściwa dieta i styl życia… Aż nie ma się, co dziwić, że coś się przyplątało. Od kiedy wzięłam się za siebie i przeszłam na paleo, mam minimalnie przekroczone niektóre normy przeciwciał, hormony w normie (dobrej normie), USG nie wykazało zmian i nie mam żadnych symptomów tarczycowych (więc nie zamierzam uważać się za chorą). Jednak nadal coś się tam może dziać i przeciwciała nie wróciły całkiem do normy… Jak wiemy, obecność h. pylori może wiązać się z występowaniem chorób tarczycy. Mechanizm i przykładowe inne patogeny bardzo dobrze opisuje tutaj specjalistka od chorób tarczycy, dr Izabella Wentz. Naprawdę warto poczytać jej bloga. To byłaby druga poszlaka.

Jak pisałam w poprzedniej części posta o h. pylori, infekcja ta może objawiać się podniesieniem poziomu cholesterolu. Co ciekawe, u mnie cholesterol nagle przekroczył normy i to właśnie LDL (oczywiście temat nie jest prosty, LDL to też różne frakcje i nie wszystkie ponad normę muszą świadczyć o stanie chorobowym, a same normy cholesterolu to też niezła historia). Oczywiście można by pomyśleć, że to dieta czy stres, ale… nic z tych rzeczy wtedy. Podniesiony cholesterol pojawił się w wynikach badań jeszcze przed wystąpieniem dolegliwości z układu pokarmowego…

Kolejny etap to dolegliwości z układu pokarmowego. Zdrowa, wypoczęta i lekko opalona po lecie, poleciałam do UK i… na drugi dzień byłam chora. Biegunka, złe samopoczucie przez chyba tydzień we wrześniu 2015 r. Ok., właśnie się przeprowadziłam, zmiana wody, jedzenia, więc się nie przejmowałam. Za jakiś miesiąc powtórka. To pewnie przypadek. W grudniu byłam chora ze dwa tygodnie, w tym w podróży. Do tego miałam skórę w katastrofalnym stanie (atak AZS po twardej wodzie w UK) i nie mogłam spać przez jej suchość i swędzenie. Zanosiło się, że zdechnę. Problemu oczywiście nie dało się już zignorować.

Jak wyglądają objawy i diagnostyka infekcji helicobacter pylori w praktyce

Dietetyk zalecił mi badania krwi (wstępnie: przeciwciała w klasie IgG) na 3 infekcje, w tym h. pylori. Ewentualnie podejrzewał pasożyta. Wcześniej przeszłam z paleo na dietę eliminacyjną, AIP. Prowadziłam dzienniczek diety i wszystkiego innego: występowania objawów nie dało się połączyć ani z dietą, ani stresem, podróżami, snem, innymi dolegliwościami, suplementami, a nawet… fazami księżyca. Problem polega na tym, że nie mieszkam w Polsce, ani nawet w mieście z polską kliniką i nie mam dostępu do szerokiego spektrum badań, które mogłabym sobie zrobić prywatnie, 6 dni w tygodniu, bez skierowania i relatywnie tanio. W maju 2016 r. po kolejnym epizodzie biegunki i nudności, które pojawiały się regularnie co ok. miesiąc, byłam tak wykończona, że marzyłam już tylko o antybiotyku.

Poszłam do lekarza ogólnego w UK. Wywiad, opukanie, skierowanie na ogólne badania krwi. 2 strony wyników, wszystko w normie (jak bardzo trzeba być chorym albo odmiennym genetycznie, żeby coś wyszło nie w normie???). Pani doktor powiedziała, że jeśli dostanę kolejny raz biegunkę, to trzeba pobrać próbkę do badania. O, dziwo, biegunka zniknęła na… rok. Złośliwość losu. Przez jakieś 3 miesiące zniknęły prawie wszystkie dolegliwości, więc już zaczęłam cieszyć się, że problem się skończył. Może to dlatego, że w wakacje przez kilka dni brałam antybiotyk? Nie prowadziłam wtedy jeszcze dokładnej tabelki dzień po dniu ze wszystkimi symptomami, samopoczuciem i zażywanymi środkami, więc ciężko powiedzieć… A na jesień znowu… Zimą trochę spokoju i znowu… Do tego doszły wymioty, brak apetytu (zwłaszcza na mięso, co mogłoby świadczyć o obniżeniu wydzielania kwasu żołądkowego, co może wskazywać na jego supresję przez h. pylori).

Poszłam do innego lekarza ogólnego. Jego pomysł: może to kamienie w woreczku żółciowym albo coś funkcjonalnego (czytaj: taki mam po prostu przewód pokarmowy). Nie jestem aż tak chora czy zaniedbana zdrowotnie, żebym miała mieć kamienie, a poza objawami zatrucia mój paleo przewód pokarmowy działa idealnie. Nie wiem nawet, że trawię… Poszłam na USG woreczka. Oczywiście nic nie znaleziono. Stwierdzono, że USG nie jest dokładnym badaniem i zaproponowano mi tomografię komputerową, ale nawet lekarka mi odradziła („pani jest młoda, lepiej tego nie robić”).

Poszłam w międzyczasie na akupunkturę (więcej informacji o tym, czy warto chodzić na takie zabiegi znajdziecie tutaj), gdzie stwierdzono, że mam jakieś problemy z żołądkiem, ale kilka dotychczasowych wizyt nie przyniosło żadnej zmiany i studenci (tak, byłam u studentów 🙂 i uważam, że zdecydowanie warto korzystać z takich konsultacji, o czym poczytacie tutaj) nie mogli za bardzo rozgryźć mojego przypadku. Ogólnie im się nie dziwię 😉

Poszłam do kolejnego lekarza, któremu zdradziłam sugestię dietetyka, że to może infekcja albo pasożyt. Dostałam skierowania na kolejne badania krwi (ogólne i h. pylori). Wyszły mi ponownie przeciwciała w klasie IgG na h. pylori (innych badań na to najwidoczniej lekarze tutaj nie praktykują) i dostałam leki. Sama pani doktor przyznała, że przeciwciała IgG to tylko zapis historii kontaktu organizmu z patogenem i mogą jeszcze długo pozostawać we krwi po eradykacji patogenu (wg niej kilka lat, chociaż w Wiki wyczytałam, że ok. 6 miesięcy). W międzyczasie wróciła po długiej przerwie biegunka, oddałam materiał do badania ogólnego i… nic nie wyszło. Poszłam przy innej okazji do poprzedniego lekarza i opowiedziałam mu, co zalecił pierwszy. Potwierdził, że to właściwe podejście. Dodatkowo mój chłopak zrobił badania przeciwciał (ostatecznie potencjalnie zaraźliwe i jak leczyć, to wszystkich zarażonych w domu) i okazało się, że ich nie ma. Good for him. Co ciekawe, ma on grupę krwi A, a więc tą, która dużo lepiej sobie radzi z h. pylori. A że u mnie badanie IgG wykonane w odstępie 15 miesięcy nadal wykazywało przeciwciała, a do tego w badaniach były inne poszlaki (w tym obniżone białe krwinki w jednym z badań, co może także świadczyć o infekcji) stwierdziłam, że pora na leki.

Leczenie infekcji helicobacter pylori

Ponieważ państwowa służba zdrowia, nawet jedna z lepszych w świecie, jak brytyjski NHS, nie działa za szybko, postanowiłam zrobić też własny research. I tutaj muszę podkreślić, że większość informacji potrzebnych do szczęścia i wyzdrowienia znaleźć można na kilku blogach. A wszystkie w Internecie (warto zacząć od PubMedu). Tym razem znów poratował mnie Chris Kresser (zawdzięczam mu już udrożnienie nosa roztworem ksylitolu), który tutaj pisze, że w pierwszej kolejności warto wypróbować mastyks (więcej tutaj), po ang. mastic gum, tradycyjne remedium na dolegliwości trawienne, znane już od starożytności. W drugiej kolejności są antybiotyki. Za mastyksem przemawia tradycja i brak skutków ubocznych. Wyniki badań (przejrzałam pod tym kątem PubMed) są różne. Potrzebujemy 1 g dziennie dla uzyskania efektu, przeważnie przez miesiąc, a potem można zmniejszyć dawkę. Ewentualnie producent suplementu powinien rozpisać dawkowanie na opakowaniu (mój nazywał się Mastika). Pomyślałam, że nie zaszkodzi, a warto spróbować. Co ciekawe, nawet jeśli sam mastyks, podobnie jak same antybiotyki nam nie zawsze pomogą, połączenie ich może być niezwykle skuteczne. Powiedziałam jednemu z lekarzy o mastyksie i potwierdził, że to dobry pomysł. Trochę to kosztuje (2 opakowania ok. 120 zł). Postanowiłam jednak nie ryzykować, że pobiorę przez 2 miesiące mastyks, a potem znowu zachoruję, bo już mam limit na choroby, a zwłaszcza tę, wyczerpany… Tym bardziej, że podczas stosowania mastyksu przez tydzień byłam chora i nie pomagało.

Mój plan leczenia infekcji helicobacter pylori

Zaczęłam brać 1 g mastyksu już przed rozpoczęciem kuracji antybiotykowej (czekanie na badania, moment, kiedy nie będę chodzić do pracy, żeby w spokoju wybrać antybiotyki), w trakcie i po jako backup. Liczyłam głównie na zwiększenie skuteczności połączonego leczenia. Wspomnę jeszcze, że o mastyksie po raz pierwszy usłyszałam w którymś podcaście Dave’a Aspreya, który powiedział, że przy jego pomocy pozbył się h. pylori. O jego doświadczeniach można poczytać tutaj, a o doświadczeniach, z różnymi protokołami leczenia h. pylori (antybiotyki, inhibitory, suplementy, dieta), jego czytelników tutaj. Jak widać, bywa różnie, ale przeważnie połączenie tych leków i suplementów przynosi pożądane efekty, chociaż czasem dopiero za 2 podejściem. Jak widać, wymieniane są tam też inne suplementy. Część z nich sama przerobiłam. Warto też zapoznać się z przeglądem różnych protokołów u dr Izabelli Wentz. Niektórych z wymienianych suplementów już próbowałam (wit. C, laktoferyna) i biorę je ogólnie, ale nie zaobserwowałam żadnego wpływu na dolegliwości trawienne.

Zdecydowałam się na antybiotyki, bo mają wysoką skuteczność i uważam, że była na nie pora. Poza tym można uchronić się przed skutkami ubocznymi, a uszkodzoną florę bakteryjną potem odbudować. Lepiej więc wziąć antybiotyk i probiotyk niż niepotrzebnie chorować. Do tego celu posłużyły mi probiotyki. Polecam ten film, w którym dr Patrycja Szachta wyjaśnia, jak to zrobić. Wspomina nawet na początku o eradykacji h. pylori: intensywna antybiotykoterapia i inhibitor pompy protonowej (ipp) dają zaburzenia mikroflory na co najmniej 4 lata! Dlatego trzeba straty odrobić probiotykoterapią po antybiotykach, a w trakcie uchronić się przed niebezpiecznym skutkiem ubocznym, tj. przerostem populacji c. diff. w trakcie terapii (powodującej rzekomobłoniaste zapalenie jelita grubego) i po (produkcja toksyn). Do tego potrzebujemy drożdżaka s. boulardii (usuwa toksyny, chroni przed biegunką, a tu możemy też przeczytać, że sam działa niszcząco na h. pylori) i probiotyku zawierającego szczep l. rhamnosus GG, który (podobnie jak bifida) konkuruje z c. diff.

Antybiotyki: za i przeciw

Skutki uboczne antybiotykoterapii

Oczywiście mają swoje ciemne strony ze skutkami ubocznymi ze śmiercią włącznie. Niewłaściwie przepisywane, zażywane i wyrzucane (do kosza na śmieci, zamiast oddania do apteki) mogą przyczyniać się do niebezpiecznej antybiotykooporności bakterii. W kręgach paleo/medycyny funkcjonalnej często podkreśla się ich niszczący wpływ na niezwykle ważny mikrobiom (który możemy jednak odbudować, a pozbywając się patogenów, nawet poprawić jego kondycję). To wszystko się zgadza.

Działania pożądane

Z drugiej strony antybiotyki mają wysoką skuteczność. Medycyna dość dobrze radzi sobie z bakteriami i grzybami, czego już nie da się powiedzieć o pasożytach czy wirusach. Gdzieś słyszałam, że w medycynie bardzo niewiele jest przypadków, kiedy faktycznie dochodzi do wyleczenia (usunięcia symptomów wraz z przyczyną). Antybiotyki są takim właśnie przykładem. Ponadto uważam, że jeśli wypróbowaliśmy inne metody i nie działają, to czas wziąć antybiotyk. Podobnie jeśli symptomy nie dają nam żyć i potrzebujemy szybkiego rozwiązania. Nie ma wtedy na co czekać. A teraz coś kontrowersyjnego, co ostatnio przyszło mi do głowy. Antybiotykoterapia, zwłaszcza dłuższa, intensywna czy o szerokim spektrum działania może zadziałać trochę jak… detoks organizmu, czyli oczyszczenie go z infekcji i patogenów powodujących stany zapalne i chorobowe. Możemy osiągnąć efekty, których się nie spodziewaliśmy np. zmniejszenie lub wyeliminowanie innych dolegliwości. To takie pozytywne spojrzenie na jasną stronę mocy 😉

Eradykacja h. pylori wyglądała u mnie tak:

  1. Przed rozpoczęciem antybiotykoterapii:
    – mastyks 1 g przez miesiąc
  2. W trakcie 7-dniowej antybiotykoterapii:
    – clarithromycin 500 mg, 14 tabletek
    – amoxicillin 500 mg, 28 tabletek
    – inhibitor pompy protonowej: omeprazole 20 mg, 14 tabletek
    – mastyks 500 mg
    – s. boulardii 250 mg, 16 tabletek (więc zacznę dzień przed antybiotykami i wybiorę opakowanie do końca)
    – l. rhamnosus GG, 30 tabletek (tyle ma opakowanie i też wybiorę do końca)
  3. Po antybiotykoterapii:
    – mastyks 500 mg do skończenia opakowania (ok. miesiąc)
    – probiotyk Bio-Kult Advanced Multi-Strain Formula (przez co najmniej 3 miesiące)
    – wprowadzenie do diety produktów fermentowanych

Terapia miała usunąć h. pylori, zabezpieczyć mnie przed negatywnymi skutkami antybiotykoterapii i poprawić stan flory bakteryjnej. Trwała ok. najmniej 4 miesiące, koszt to prawie 100 funtów (ok. 500 zł, w tym antybiotyki i inhibitor dostałam bezpłatnie na receptę…). Oczywiście nie liczę wszystkich poprzednich konsultacji, badań prywatnie i państwowo, wizyt u lekarza, suplementów oraz czasu, który spędziłam na wizytach, zakupach, reasearchach oraz chora w domu zamiast w pracy…

Przez tydzień antybiotykoterapii odpoczywałam w domu, wysypiałam się, nie brałam innych suplementów i nie piłam herbat ziołowych, tylko wodę i jedną kawę dziennie. Podczas kuracji czułam momentami gorzki posmak w ustach i osłabienie. Poza tym ok. Pod koniec zaczęłam też odczuwać brak innych suplementów, np. magnezu i zaczęłam trochę gorzej spać.

Inne sposoby leczenia helicobacter pylori

Wiele osób poszukuje naturalnych sposobów leczenia. W licznych przypadkach takie metody mogą mieć porównywalną skuteczność, działać wspomagająco, ewentualnie być nieszkodliwe. Oczywiście świetnie wpisuje się w ten kontekst mastyks, który może być alternatywą lub terapią wspomagającą dla antybiotyków. Można spotkać się też z doniesieniami o skuteczności miodu manuka. Na pewno warto poczytać więcej na ten temat i o samym miodzie, żeby wybrać taki, który faktycznie będzie mieć odpowiednio silne właściwości antymikrobowe.

Coraz częściej polecany jest lek Pylera. Zawiera on dwa antybiotyki i cytrynian potasowo-bizmutowy, który wspomaga ich działanie. Dodatkowo Pylerę łączy się z inhibitorem pompy protonowej. Szczerze pisząc, to nie widzę tu wielkiej różnicy w porównaniu ze standardową terapią antybiotykową.

Alternatywą dla antybiotyków i inhibitorów może być zastosowanie leku o nazwie Alinia, głównie znanego z właściwości przeciwpasożytniczych (więcej informacji tutaj), który niestety nie jest dostępny w Polsce, a procedury sprowadzania takich leków zaleconych przez lekarza nie są proste… Faktycznie, jest trochę badań nad zastosowaniem Alinii w leczeniu infekcji h. pylori (wystarczy zajrzeć na PubMed, podobnie jak w przypadku mastyksu czy manuki), prowadzonych także z uwagi na problem antybiotykooporności bakterii. Alinia generalnie uchodzi za skuteczny i dość bezpieczny preparat.

Co jeśli dolegliwości wrócą?

Może to oznaczać, że:

  • zastosowana terapia była nieskuteczna
  • doszło do reinfekcji
  • problem jednak leżał gdzie indziej.

Wtedy najlepiej jest zrobić test oddechowy. Po ok. 2,5 miesiąca od kuracji miałam parę dni dolegliwości trawiennych i bałam się nawrotu, więc poszłam do lekarza po skierowanie na badanie. Czekanie na nie i wyniki trwało jakieś 2,5 miesiąca, co zawdzięczam niekompetentnym paniom z recepcji w mojej przychodni, które nie potrafiły znaleźć wyników…

Test oddechowy na obecność helicobacter pylori

Test oddechowy przeprowadzany jest rano na czczo. Polega on na wypiciu substancji chroniącej żołądek (jak dobrze pamiętam był to olej arachidowy) oraz substancji radioaktywnej z dodatkiem smakowym (u mnie truskawkowy 😉 ). Następnie dmucha się przez rurkę do probówki wypełnionej płynem (wygląda to trochę zabawnie), aż płyn zmieni kolor. Po jakiś 20 minutach powtarza się tę czynność. I po bólu 😉

Co po eradykacji

Probiotyki, test oddechowy, trzymanie kciuków i… testuję na sobie moją nową koncepcję, tzn. taką ogólną profilaktykę antymikrobową. Ponieważ parę innych kwestii zdrowotnych mnie jeszcze nie satysfakcjonuje, postanowiłam stworzyć w moim organizmie złe warunki dla patogenów 😉 Po pierwsze biorę monolaurynę ok. 1 g dziennie, która ma szerokie działanie antymikrobowe, jest przeważnie dobrze tolerowana i w przeciwieństwie do wielu innych preparatów antymikrobowych i antywirusowych nie szkodzi mikrobiomowi jelit.

 

You may also like