Ile jemy różnych pokarmów dziennie i ile kosztuje jedzenie paleo?

autor dnia

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że jemy średnio 12 różnych produktów dziennie. Nie jestem pewna, czy nie chodziło tylko o roślinne. Załóżmy jednak, że tak właśnie jest i zastanówmy się trochę. Zdaje się, że miało to wskazywać na monotonię… Czy 12 to dużo? To zależy.

Różnorodność pożywienia dawniej i dziś

Szacuje się, że ludzie w społecznościach łowiecko-zbierackich mieli dostęp do ok. 300 różnych pokarmów. Taką informację znajdziemy np. w książce New Evolution Diet prof. Arthura De Vany’ego, której recenzję znajdziecie tutaj. W praktyce było to pewnie dużo mniej, zależnie od lokalizacji i okresu w historii, zmian klimatycznych, pór roku itd. Pamiętam, że w dyskusji w grupie na Facebooku Paleo Poland Movement, którą znajdziecie tutaj, prof. Łukasz Łuczaj, polski entobotanik, którego bardzo ciekawego bloga znajdziecie tutaj, napisał, że w praktyce było to 50 do 100 gatunków.

Mój eksperyment

Zachęcam do sprawdzenia, chociaż raz, tak z ciekawości, ile jecie różnych pokarmów. Jak policzyłam na przestrzeni tygodnia, robiąc dzienniczek diety, udało mi się właśnie osiągnąć tę dolną granicę 😉 A w jeden dzień około połowę:

  1. Marchewkamisa z warzywami
  2. Brokuł
  3. Batat
  4. Pasternak
  5. Sałata
  6. Indyk
  7. Cykoria
  8. Jabłka
  9. Daktyle
  10. Migdały
  11. Wiórki kokosowe
  12. Ogórek
  13. Plantan
  14. Yam
  15. Oliwa
  16. Jagnięcina
  17. Cynamon
  18. Kurkuma
  19. Sól
  20. Oliwki
  21. Cukinia

Czy różnorodność jest przereklamowana?

Różnorodność a problemy zdrowotne

Myślę, że różnorodność w diecie jest ważna, ale nie najważniejsza. Po pierwsze warto zauważyć, że nie tyle jesteśmy tym, co jemy, ile tym, co trawimy. Co z tego, że wszystko ładnie się zgadza w naszym menu na papierze, kiedy jedzenie albo nam szkodzi, albo nasz organizm nie wykorzystuje go w pełni np. przez stany zapalne, nietolerancje albo choroby jelit? Ponieważ unikam produktów wysoko przetworzonych, bezwartościowych, szkodliwych i antyodżywczych, biorę enzymy trawienne oraz inne suplementy i ogólnie dobrze się czuję, więc zakładam, że większość z tego przyswajam i nieźle ładuje mi to baterie. Jednak w przypadku problemów zdrowotnych różnorodność pożywienia niekoniecznie pomoże, a może nawet zaszkodzić.

Różnorodność a odżywczość

tłuszcz i surowe mięsoOprócz tego, co nasz organizm robi z daną żywnością, są też ogólne wyznaczniki, czy coś jest odżywcze czy nie. O odżywczości będzie świadczyć zawartość makro- i mikroskładników oraz ich bioprzyswajalność (np. żelazo hemowe z mięsa i niehemowe z roślin). Co z tego, że jemy 30 różnych produktów, kiedy są one ubogie w substancje odżywcze albo bogate w antyodżywcze, albo łączymy je ze sobą tak, że organizmowi trudniej je przyswoić (np. czarna herbata zawierająca garbniki do każdego posiłku, co nie tak dawno jeszcze było w Polsce popularne).

Myślę, że odżywczość i prozdrowotność naszej żywności powinna brać górę nad różnorodnością. Na przykład osoba jedząca jajka, mięso, ryby i zielone warzywa (produkty typowe dla diety niskowęglowodanowej) będzie dostarczać więcej takich substancji niż osoba jedząca więcej produktów, ale przetworzonych np. wafle ryżowe, pieczywo dietetyczne, słodycze. Tak naprawdę możliwe jest uzyskanie wszystkich składników odżywczych z bardzo wąskiej grupy produktów. Klasyczny przykład do dieta Inuitów. Są też współcześnie osoby w krajach rozwiniętych, które żywią się tylko mięsem albo tylko produktami zwierzęcymi (tzw. dieta carnivore albo zero carb), a więc w sposób ogólnie postrzegany jako mocno ograniczony pod względem ilości produktów, a z drugiej strony przy odpowiednim skomponowaniu takiej diety np. z uwzględnieniem podrobów, nie powodującym niedoborów.

Wiele leczniczych protokołów dietetycznych jak np. dieta GAPS też zakłada, przynajmniej początkowo, silną eliminację, właśnie po to, żeby poprawić trawienie i w konsekwencji przyswajalność żywności, co pozwoli na rozszerzenie diety. Jeśli nie znamy wartości odżywczej produktów, to kierowanie się różnorodnością jest metodą na uniknięcie niedoborów i dla wielu osób to intuicyjne podejście do zdrowej diety: zjem trochę tego, trochę tego i dostarczę organizmowi różnych składników.

Korzyści z różnorodności

Przeprowadziłam w życiu wiele diet, w tym eliminacyjnych. Chyba najgorszym doświadczeniem była dieta eliminacyjna na początku AIP (rosół, mięso, gotowana marchewka) i dieta keto paleo oparta głównie o produkty zwierzęce (mięso i jajka z minimalną ilością dodatków). Niby wszytko smaczne, zdrowe, odżywcze, a po tygodniu nie można już na to patrzeć. Żadnej przyjemności z jedzenia. Różnorodność może nie jest niezbędna dla zdrowia, w każdym razie fizycznego, ale dla psychicznego na pewno jest ważna. Podobnie jak dla życia społecznego. Czasem trzeba wyjść na miasto, jedziemy na wakacje albo ktoś zaprasza na kawę, organizuje imprezę itd.

Myślę, że optymalne rozwiązanie to rozsądne połączenie odżywczości i różnorodności. Dobrze zorientować się, które produkty są szczególnie cenne w diecie, w co są bogate i czego potrzebujemy w danym momencie i zrobić z nich podstawę swojej diety, a dla własnej przyjemności i zdrowia psychicznego oraz relacji z innymi uzupełnić dietę różnymi produktami dostarczającymi atrakcyjnych kolorów, zapachów, faktur i ogólnie przyjemności kulinarnych.

kolorowe monetyKoszt różnorodności

Na koniec parę słów o kosztach. Jem 3 posiłki typu obiad i 3 przekąski dziennie. Do syta. Mój orientacyjny limit wydatków na jedzenie w UK dziennie to 5 funtów (teoretycznie, bo praktycznie wydaję 6-7). Wcale nie tak dużo. Oczywiście gotuję wszystko sama i nie jadam prawie poza domem (te wydatki i tak lądują w innej kategorii). Na zakupy podstawowych produktów (warzywa, owoce i mięso) wydaję nawet mniej. Limit przekraczam, robiąc zakupy na zapas, np. kupując duże ilości orzechów, miód, olej kokosowy i ekstra produkty typu czekolada, alkohol oraz składniki do ciast i deserów. Dla porównania, trzy lata temu w Walii, nie będąc jeszcze na paleo wydawałam na jedzenie ok 4.5-5 funtów. Czyli tyle samo, tylko dużo więcej gotowałam i głodowałam na kaszkach z warzywami czy owocami…

Jedzenie kupuję w supermarkecie z dostawą i dokupuję trochę w sklepikach czy na targu. Warzywa są w zdecydowanej większości ekologiczne, jajka od kur z wolnego wybiegu, podobnie kurczak, mięso z targu jest też z wolnego wypasu i wszystkie dodatki, które mogę znaleźć w wersji eko, takie kupuję. Można pewnie jeść jeszcze lepiej, ale tylko trochę. Niedawno dowiedziałam się z podcastu BBC Food Programme, że dzienny koszt wyżywienia żołnierza służącego na łodzi podwodnej wynosi 2.75 funta (oczywiście zakupy robione są wtedy hurtowo, więc to trochę inna sprawa). Z drugiej strony, kupując wszystko eko, wydawałabym pewnie drugie tyle, bo różnica w cenie ekologicznego i konwencjonalnego mięsa jest większa niż różnica w cenie warzyw czy owoców.

Trzy lata temu moje dzienne wydatki w Polsce na jedzenie wynosiły ok. 30 zł, przy czym więcej kupowałam na targu, w ekosklepie i częściej jadłam poza domem (głównie w kawiarni, czasem w restauracji). Myślę, że nie jest to dużo i miałam wszystko, czego mi potrzeba (mięso, warzywa, owoce, tłuszcze), a nawet więcej (orzechy, suszone owoce, czekolada, kakao, herbatki, kawki, alkohol, przyprawy) i w dużej ilości. Oczywiście można by wydawać mniej, można i więcej.

You may also like