Mroczna przeszłość kopalni węgla

autor dnia

Niedawno wyznaczyłam sobie kolejny turystyczny cel: zwiedzić wszystkie oddziały Muzeum Narodowego Walii. Skąd ten pomysł? Mieszkam w Walii, w kilku już byłam, wstęp jest bezpłatny, a muzea przeważnie ciekawe i można się dowiedzieć z nich sporo o miejscu, w którym mieszkam. W 2014 r. byłam w National Slate Museum w północnej Walii, o którym pisałam tutaj, a potem w dwóch oddziałach w Cardiff, o których pisałam tutaj i tutaj. Niedawno byłam w malutkim muzeum legionu rzymskiego w Caerleon, o czym pisałam tutaj, a ostatnio w jeden weekend udało mi się zobaczyć aż dwa oddziały: Big Pit National Coal Museum w Blaenavon oraz National Waterfront Museum w Swansea. Więcej zwiedzamy, bo korzystamy wreszcie z własnego środka transportu (motocykl) i jak to nazwałam, lata 250-lecia. Co najmniej 😉 To znaczy tak myślę i tak się zapowiada, a jak na razie to maj był najcieplejszy od czasów pierwszych udokumentowanych obserwacji meteorologicznych, czyli od końca XVIII wieku! W ogóle pogoda w tym roku marzenie, zimą śnieg (moje wrażenia i zdjęcia tutaj), latem słońce… W 2013-2014 pobite były wszelkie rekordy niepogody, więc ten rok uważam za przyzwoitą rekompensatę. Oby tak dalej i może przestanę narzekać na tutejszy klimat 😉

Muzeum w Swansea

Parę słów o tym drugim, bo nie ma się nad czym rozpisywać. Swansea bardzo przyjemne miasto – widać, że albo po rewitalizacji, albo wszystko nowe. Śliczne, kolorowe, nowe osiedla, marina, dużo łódek i piękna piaszczysta plaża. Nie wiem, jak tam jest w brzydką (typową dla UK) pogodę, ale w słoneczny dzień jest pięknie i bardzo spokojnie. Samo muzeum nie jest za duże ani zbyt ciekawe. Bardzo nowoczesne, interaktywne, na parterze był w niedzielę mały targ (także obok muzeum) i spory ruch, a po zwiedzaniu można usiąść przed muzeum i wypić kawkę z widokiem na łódki. Do tego w muzeum są szafki, gdzie można zostawić np. ubrania motocyklowe i iść spokojnie na plażę. Jakoś liczyłam po nazwie Waterfront na coś więcej o morzu i jego faunie, a w sumie muzeum opowiada historię wydobycia węgla czy budowy dróg…

wagon na wystawie muzeum narodowego w Swansea

Muzeum wydobycia węgla Big Pit w Blaenavon

Big Pit National Coal Museum znajduje się w niewielkiej miejscowości Blaenavon, w południowej Walii i u podnóża dzikich, niewysokich gór Brecon Becons, o których wspominałam tutaj. Miejscowość, jak się okazuje, kryje poza muzeum sporo turystycznych ciekawostek. Zacznijmy od muzeum. Zajmuje trochę terenu, bo chodzi się w nim od budynku do budynku. Tu sklep, tam kawiarnia, tam stołówka, tu łaźnie albo nawet coś jakby kino. Najciekawsza jest oczywiście wyprawa pod ziemię. O ile wstęp do muzeum jest bezpłatny, to na zwiedzanie pod ziemią można wykupić bilet za 3 funty na konkretną godzinę, bo czas oczekiwania może wynosić nawet ponad godzinę w sezonie.

muzeum węgla Big Pit

Środki ostrożności w kopalni

Pod ziemię zjeżdża się windą w kilkanaście osób z przewodnikiem. Trochę jak sardynki w puszcze, ale i tak o dobre 10 osób mniej niż w czasach pracy kopalni, kiedy górnicy wyjeżdżali w piątek na piwo. Zanim jednak zjedziemy, musimy oddać wszystkie telefony, kamery, aparaty, a nawet nakręcane zegarki… Za to dostaniemy kask z lampką i urządzenie podobne do maski gazowej na skórzanym pasku. Byłam już wcześniej w Wieliczce i w kopalni srebra (i kiedyś pewnie wybiorę się do Bełchatowa, w którego okolicy mieszkałam w Polsce), ale na takie środki bezpieczeństwa nie byłam przygotowana. Winda też nie ruszyła od razu, bo system wykrył, że jakieś drzwi nie były zamknięte i zaczęło się szukanie przyczyny.

wnętrze kopalni Big Pit

Górnik za przewodnika

Zwiedzaliśmy z sympatycznym starszym panem, emerytowanym górnikiem, który pracował w kopalni do momentu jej zamknięcia, więc historie były z pierwszej ręki. Naprawdę inaczej się zwiedza z kimś, kto faktycznie gdzieś pracował albo na przykład… przebywał jako więzień (tak np. zwiedzałam więzienie Stasi w Berlin-Hohenschoenhausen, o czym jeszcze napiszę). Wszystko jest dużo żywsze, bardziej realistyczne i lepiej zapada w pamięć. Większość pracowników w kopalni Big Pit to właśnie byli górnicy, co dodaje miejscu kolorytu. Naprawdę warto tam przyjechać w najbliższych latach i tego doświadczyć, dopóki tam pracują. To zupełnie co innego niż jakaś anonimowa pani w uniformie za kontuarem. Za każdym razem, jak mówił o wyjściu na górę (w sensie mountain, nie up), to czułam się jak w świecie Tolkiena albo Sapkowskiego i od razu na myśl przychodziły mi krasnoludy drążące podziemne tunele, a nawet smoki ziejące ogniem i gromadzące skarby w krasnoludzkich kopalniach.

Interaktywne zwiedzanie muzeum

Szeroko rozumiejąc: mamy zimno w kopalni, wiatr, wodę, wilgoć, ciemność (na moment gasiliśmy lampki albo je zasłanialiśmy), strome schody, niskie stropy. Trzeba się lekko nagimnastykować. Na górze też, bo teren jest górzysty, więc trzeba trochę pochodzić po schodach. Jest też coś jakby nowoczesne kino, gdzie słuchamy krótkich filmów, na których górnik(-aktor?) omawia różne tematy. Po paru minutach przechodzimy do kolejnego pomieszczenia, inny film, nagle z ciemności wyłania się maszyna jak z japońskiego anime albo słychać huk eksplozji. Tu ciemno, tu błysk, tam głośno. Ciężko się zacząć nudzić.

maszyna górnicza w kopalni

Nie to, co patrzenie na opisy przy eksponatach w gablotach, chociaż część wystawy jest właśnie taka. Poniżej tzw. lampy Davy’ego (nazwa ta przewijała się przez całe zwiedzanie), które pozwalają na wykrycie metanu w kopalni oraz zwiększają bezpieczeństwo pracy górników, bo są tak skonstruowane, że w obecności gazu płomień nie powoduje wybuchu. Unowocześnione są używane do dzisiaj.

lampy Davy'ego na wystawie w muzeum węgla

King coal – bezwzględny król węgiel

Największe wrażenie zrobiły na mniej jednak opowieści przewodnika pod ziemią. Przerażające. Zacznijmy od początku. Wydobycie różnych surowców odbywało się w Walii już w czasach przedrzymskich (pierwszych kilka stuleci naszej ery), ale jakoś na wydobycie i wykorzystanie węgla ludzie wpadli późno, bo dopiero w końcu XVIII w. W tym czasie szalała rewolucja przemysłowa, a starożytne lasy Albionu prawie wyrżnięto na budowę okrętów imperium i dla przemysłu. Potrzeba było więcej paliwa i węgiel właśnie zaczął go dostarczać. Na początek pozyskiwany metodą odkrywkową, potem wykopami w ziemi w kształcie dzwona, aż wreszcie powstały kopalnie. Już wtedy trzeba było mieć rządową licencję na wydobycie, a na zakup takowej mogli sobie pozwolić bogaci angielscy lordowie. Czasem nie tylko Anglicy. Najbogatsza rodzina Cardiff, Walii i w pewnym momencie ponoć najbogatsza na świecie to pochodząca ze Szkocji rodzina Bute, która zbiła fortunę na węglu. W Cardiff i okolicy jest ich pełno śladów: przebudowany zamek w Cardiff, Bute Park, Castell Coch pod Cardiff i wiele nazw jak Bute Town, Bute Street.

Dla Anglików pracowali przeważnie Walijczycy… No, właśnie. Ciężko to chyba nazwać dzisiaj pracą. Na początku w kopalni pracowali wszyscy: mężczyźni, kobiety, kobiety w ciąży i dzieci od lat 6. Po 12 godzin dziennie, od 6 do 6, przez 6 dni w tygodniu… Ciężka, fizyczna praca, niebezpieczna. Przez 4 miesiące w roku słońce widzieli tylko w niedzielę, bo wtedy szli do kościoła, a dzieci do szkółki niedzielnej. Teraz rozumiem religijność ludzi w przeszłości… Oczekiwana długość życia wynosiła 40 lat. Urlop? Święta? Jeden dzień na Boże Narodzenie. W pewnym momencie dzieci dostały drugi dzień wolny latem. Zostały zapakowane do pociągów i zamiast węgla zawiezione do Barry, żeby pobawić się na plaży. Gdybym była takim dzieckiem, uciekłabym z Barry w siną dal i nie wróciła nigdy do kopalni.

piasek na plaży nad morzem

Biali niewolnicy?

W czasach handlu niewolnikami Walijczycy w kopalniach pracowali dobrowolnie. Na początku jednak… nieodpłatnie. W zamian za pracę dostawali od pracodawcy bony, które wymieniali w jego sklepach na żywność lub świece potrzebne do pracy… Dopiero po jakimś czasie uchwalono prawo, że pracodawca płacił pieniędzmi. Podobnie po jakimś czasie zakazano pracy kobietom i dzieciom do lat 10. Zastanawiam się, jak ludzie mogli dać się tak zniewolić. Przecież ciężko pracujący rolnicy czy rzemieślnicy w tamtych czasach nie pracowali aż tyle, w tak niebezpiecznych warunkach i przynajmniej mogli widzieć światło dzienne przez cały rok i oddychać świeżym powietrzem, a nie węglowym pyłem. Podobno robotnicy mieli lepsze domy… W kopalni roiło się też od zwierząt: koni, szczurów, a nawet psów. Te ostatnie przynajmniej co wieczór wychodziły na powierzchnię, kiedy ich właściciel kończył pracę.

Nowe oblicze Walii

Przyznam, że po tym zwiedzaniu straciłam resztki sentymentu do węgla. Oprócz tego, jak bardzo ludzie dali się tam zniewolić w odleglejszej przeszłości, fascynuje mnie fakt, że kiedy rząd Thatcher zamykał kopalnie kilkadziesiąt lat temu, ludzie ich bronili. Rozumiem, że wtedy warunki pracy i płacy były zupełnie różne niż na początku działania kopalni, ale nadal różowo nie było. Jednak górnicy byli dumni ze swojej pracy i solidarności i chyba tego, poza pieniędzmi na utrzymanie rodziny, bronili. Cieszę się, że Walia przeobraża się i z kraju węglowo-przemysłowego staje się centrum turystycznym, sportowym, rekreacyjnym. O ileż przyjemniej i lepiej się ludziom teraz tutaj żyje i pracuje.

Podziemny ser

Jednym ze sposobów na nowe zagospodarowanie kopalni i pójście z duchem czasu jest zrobienie z części kopalni dojrzewalni sera. Gdy tylko zjechaliśmy na dół, przewodnik pokazał nam małe pomieszczenie z metalowymi pojemnikami i zapytał, co w nich jest. Niektórzy sugerowali whiskey albo wino, ale okazało się, że to… ser.
W dodatku najpopularniejszy rodzaj sera na świecie (kto by w ogóle pomyślał, że to nie gouda a cheddar!). Pan przewodnik zrobił mu niezłą reklamę, mówiąc, że Blaenavon cheese to jedyny ser na świecie, który w ten sposób dojrzewa pod ziemią. Kupiłam w sklepie przy muzeum, ale na opakowaniu ani na stronie producenta takiej informacji nie ma (jedynie, że dojrzewa w kopalni Big Pit). Niemniej jednak, ciekawa sprawa, a ser smaczny. Bardzo miękki jak dla mnie i o intensywniejszym smaku niż sklepowy. To taki mój mały cheat meal z okazji zwiedzania, bo na co dzień nie jem przetworów mlecznych.

ser dojrzewający w kopalni Big Pit

Inne atrakcje turystyczne w Blaenavon i okolicy

Już przy wejściu do muzeum wręczono nam mapkę z zaznaczonymi okolicznymi atrakcjami. Chociaż przed wyjazdem przejrzałam trochę informacji w Wikipedii, to miasteczko zaskoczyło mnie. Trzy muzea (Big Pit, Ironworks i Communitity Heritage and Codrdell Museum) jak na tak małą miejscowość, to naprawdę coś. W Ironworks możemy zobaczyć dawne miejsce pracy oraz zamieszkania hutników i ich rodzin.

pozostałości huty w Blaenavon

Najbardziej zdziwiło mnie to, w jak maleńkich pomieszczeniach żyli. Kilkukrotnie mniejszych niż obecne małe pokoje i tak małych, że nie udało mi się nawet uchwycić ich mikroskopijności na zdjęciach.

domy robotników pracujących w hucie żelaza

A wszystko jeszcze w zeszłym stuleciu. Następnym razem może wybiorę się tam na festiwal steampunku. Część miasteczka i okolicy tworzy Blaenovan Industrial Landscape i jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Lista alfabetyczna i to właśnie Blaenovan otwiera ją w UK. Szczerze, jak dla mnie nie było to nic specjalnego. Szare budynki… Aż dziwne, że piękna, czerwono-ceglana architektura XIX-wiecznej, robotniczej Łodzi nie trafiła na tę listę, bo powinna. Może kiedyś? Poza tym można jeszcze zwiedzić browar Rhymney, przejechać się zabytkową kolejką parową Blaenovan Heritage Railway (dość droga, a trasa krótka) albo odpocząć nad wodą. Prawie obok Big Pit znajduje się rezerwat jezior Garn.

motocyklistka nad jeziorem

A kiedy pojedziemy do parku narodowego Brecon Beacons, to warto zatrzymać się przy malowniczym Keeper’s Pond. No i to by było na tyle atrakcji turystycznych w małej miejscowości w południowej Walii 😉

You may also like