Dublin w dwa dni

autor dnia

I we dwoje. W tym roku na wakacyjny wyjazd poza Polskę i UK padło na Dublin.

Pobyt w Dublinie

Pogoda w stolicy Irlandii

O celu podróży zdecydowała pogoda, bo w tym roku na Wyspach były rekordowe upały (czyli dało się tu wreszcie żyć – jak dla mnie), a Zieloną Wyspę (i nie mam tu na myśli Polski 😉 ) dotknęła nawet susza, więc aż tak bardzo nie było potrzeby wyjazdu do tzw. ciepłych krajów. Po prostu stwierdziliśmy: teraz albo nigdy 😉

Faktycznie pogoda dopisała – prawie wcale nie padało, a mocniej tylko przez kilkanaście minut. Podobnie nie odczuwało się wiatru. Przez większą część czasu świeciło słońce, dzięki czemu łatwiej było porobić ładne zdjęcia. Ale ciepłem bym tego nie nazwała… Przez dwa dni prawie nie zdjęłam kurtki (skórzana, nieocieplana). Najzimniej było rano – po wyjściu z autobusu z centrum, który dowozi turystów z lotniska – straszne szczękanie zębami i szybko na drugą stronę ulicy do słońca… Także nie chcę nawet wiedzieć, jak tam jest, kiedy pogoda nie dopisuje… Zdecydowanie polecam przygotować się tam na zimno i deszcz – dobre buty, ubranie na cebulę z kilkoma warstwami (kocham kamizelki), a nawet rękawiczki, jeśli biegacie dużo z aparatem. Lepiej mieć o jedno ubranie za dużo w plecaku niż za mało. Aklimatyzacja trochę trwa.

Ceny w Dublinie

Po drugie o wyborze zadecydowały finanse – tanie loty z Cardiff (chociaż lotnisko w Cardiff jest tylko z nazwy, bo leży dość daleko i za innymi miejscowościami – South Wales Airport byłoby bardziej adekwatną nazwą) linią FlyBe (lot trwał jakieś 40 min.) i w miarę pasujące godziny lotu (nie licząc wstawania o 4 rano w pierwszy dzień, żeby dojechać autobusem na lot o 7 rano…). Zwłaszcza, że w te wakacje już był urlop w Polsce i inne większe wydatki. Kiedy robiłam mały research w internecie o Dublinie, ciągle czytałam, że Dublin jest drogi. Ogólnie wydaliśmy w długie dwa dni 200 funtów (w tym jakieś 70 na bilety do destylarnii i zoo), nocleg ze śniadaniem kosztował 70 i lot podobnie (jeden bilet kupiony za punkty Avios). Atrakcje turystyczne chyba kosztują tyle, co w UK. Transport był trochę tańszy. Jedzenie różnie – Irish Coffee w Temple Bar najtańsza nie była, ale ogólnie jedzenie na mieście kosztowało trochę taniej niż w UK.

Nocleg z AirBnB i komunikacja w Dublinie

Chyba faktycznie relatywnie najdroższy był nocleg, ale to dlatego, że nie chcieliśmy na nim specjalnie oszczędzać (za połowę tego można też było coś znaleźć) i spędzić noc w przyjemnym miejscu, dlatego przy wyborze kierowałam się też estetyką i w mniejszym stopniu lokalizacją. Nocleg po raz kolejny znaleziony na AirBnB (korzystaliśmy też w UK i PL). Gospodyni bardzo sympatyczna – podesłała nam mnóstwo wskazówek. Poza tym korzystając z AirBnB, przeważnie mamy telefon do gospodarza i można się skontaktować w razie problemów. Domek był, jak dla mnie, miniaturowy (typowe dla kilkudziesięcioletnich i starszych domów) z miniaturowymi pokojami, ale ładnie urządzony (był nawet prezentowany z tej okazji w TV). Można było do niego dojść na pieszo z miasta, chociaż to raczej opcja dla osób, które dużo, szybko i chętnie chodzą. Poniżej zdjęcie jednego z domków w okolicy, w której nocowaliśmy (niedaleko Phoenix Park – tzn. z 20 minut pieszo). Schowalibyście się w nim przed deszczem? 😉

ściana domu pokryta pnączem, światło w oknie i kwiaty w ogrodzie

Mówienie o Dublinie, że to małe miasto, to lekka przesada. Można tam chodzić i chodzić. Miasto jest spore, chociaż większość atrakcji leży w centrum. Właściwie nawet w dwa dni da się przejść centrum i dojść na obrzeża. Zależnie od miejsca noclegu można wcale nie korzystać z komunikacji miejskiej. Ze środków transportu korzystaliśmy dwa razy – zaraz po wyjściu z lotniska podeszliśmy do punktu informacji, dostaliśmy ulotkę i kupiliśmy bilet na autobus do centrum (tak też wróciliśmy) i w drugi dzień podjechaliśmy kawałek tramwajem (mają tramwaje 🙂 ) z Phoenix Park do centrum. W tym parku fajnie było by wynająć rowery (była też opcja tandem), ale ceny horrendalnie wysokie. Tramwaje i autobusy jeżdżą nowoczesne.

fioletowy tramwaj na ulicy w Dublinie

Na ulicach panuje spory ruch i nie poleca się turystom korzystania z aut. W tygodniu ruch może jest mniejszy, ale w piątek wieczorem i na chodnikach, i na ulicach – tłumy. Lotnisko jest dość duże (w por. z Cardiff – ogromne), ale nie było na nim tłoku i wszystko odbywało się spokojnie, w zorganizowany sposób.

Turyści i pierwsze wrażenia w Dublinie

Mnóstwo Amerykanów, którzy odwiedzają kraj przodków. Już lotnisko wydaje się dobrze skomunikowane z USA. Napisy są w większości miejsc, jak w Walii, dwujęzyczne.

Drogowskazy z napisami po angielsku i gaelicku

Nauczyłam się nawet jednego słowa po gaelicku: „na zdrowie”. A było to w destylarni whiskey, gdzie większość zwiedzających była oczywiście znowu z Ameryki. Nie miałam problemów z dogadaniem się po angielsku, chociaż cały czas miałam dziwne wrażenie, że ludzie mówią w Dublinie z amerykańskim akcentem 😀 To chyba od oglądania amerykańskich filmów i słuchania aktorów o irlandzkich korzeniach. Tak to sobie tłumaczę, że część Amerykanów mówiła z irlandzkim akcentem i dlatego tą okrężną drogą jakoś ten akcent irlandzki trafił do moich uszu i wydawał mi się dziwnie znajomy i… amerykański.

Miasto jest dobrze przygotowane na turystów – masa wielkich sklepów z pamiątkami z irlandzką muzyką płynącą z głośników – przyjemne wrażenie. Jest też sporo atrakcji turystycznych, chociaż większość jest płatna. Ceny jak w UK. Naprawdę Irlandczycy umieją robić biznes na swojej historii, folklorze i kulturze.

Poza tym miałam jeszcze jedno dziwne wrażenie w Dublinie. Pewnie to, co teraz napiszę, urazi dumę Irlandczyków, ale… Miałam wrażenie, zwłaszcza na początku, że jestem nadal w UK… Język, architektura, historia, a nawet klimat…

No, z tym, że architektura ładniejsza 😉 Miasto w znacznej części nadal w stylu georgiańskim (charakterystyczne ceglane budynki z białymi ramami okien z masą małych szybek i do tego słynne, kolorowe drzwi). Jakoś ten styl, dość skromny i prosty, a jednocześnie harmonijny i elegancki, wydaje mi się taki lekki i nowoczesny, że ciężko się nim zmęczyć jak np. wiktoriańskim neogotykiem. Budynki mniej stłoczone i jednorodne, a w większości ładne i zadbane – trudno było zauważyć brzydkie miejsca nawet daleko od centrum. Tak sobie pomyślałam, że może mają gorszy klimat niż w UK, ale za to mają ładniejszą architekturę 🙂 Przynajmniej o jedną bolączkę Wysp mniej… Poniżej nowoczesna interpretacja dublińskich drzwi.

kolorowe drzwi w Dublinie

Największe atrakcje turystyczne Dublina

Destylarnia whiskey Jameson

Pewnie w pierwszej chwili jako atrakcja przychodzi Wam do głowy browar Guinnessa. No, ale paleo zobowiązuje 😉 A poza tym piwo smakuje tam dokładnie tak samo 😉 Wiem z pierwszej ręki 😉 Dlatego lepiej wybrać się do destylarni. Bow Street leży trochę na uboczu, ale można spokojnie dojść tam z centrum. Rezerwacje robi się przez internet. Wybraliśmy zwiedzanie z degustacją (w przeliczeniu 35 funtów za dwie osoby). Było dość krótko i interaktywnie. Przechodzenie z przewodnikiem z sali do sali, krótkie projekcje, coś się podświetla, coś gaśnie, a na koniec nauczyliśmy się podstaw degustacji whiskey i porównaliśmy 3 gatunki. Po degustacji można było iść jeszcze raz na whiskey do baru. Z lodem, cytryną i imbirem smakowała całkiem fajnie. Za kolejne drinki trzeba już płacić.

beczka z whiskey Jameson

Pheonix Park: jelenie, rezydencja prezydenta, pomnik Wellingtona i zoo

Piękny, ogromny park. Można spotkać w nim stada jeleni. I pokarmić, jeśli zawczasu wie się, że trzeba przyjść z marchewką 😉

stado jeleni z bliska

Zobaczyć rezydencję prezydenta Irlandii (aż dziwnie pusto).

rezydencja prezydenta Irlandii

Pomnik Wellingtona. Co ciekawe, Arthur Wellesley, znany bardziej jako książę Wellington, zwycięzca bitwy pod Waterloo, który kojarzy się nam z historii bardzo brytyjsko-angielsko, urodził się właśnie w Dublinie.

obelisk Wellingtona w parku w Dublinie

Ładne ogrody i piękne palmy, które momentami pozwalają się jednak poczuć jak w ciepłych krajach 😉

palmy, kwiaty i pomnik w parku

Ale najlepsze było zoo. Na początek nie zapowiadało się zbyt spektakularnie, ale w miarę zwiedzania zaczynało się coraz bardziej podobać. Najlepsze było chyba to, że zajmuje sporą przestrzeń i ma dobrą infrastrukturę tak dla zwierząt (ogromne wybiegi), jak i dla zwiedzających. Dużo wody i gigantyczne rośliny (duże nawet jak dla osoby przyzwyczajonej do standardów UK), przez co robi się tam bardzo naturalnie i zacisznie w różnych zielonych zaułkach.

wielkie liście na tle nieba

Przestrzeń i spokój. A do tego dużo dużych zwierząt. Stado słoni bawiące się w ganianego czy żyrafy żyjące z nosorożcami i zebrami na ogromnym wybiegu, jak na jakiejś sawannie, robią wielkie wrażenie. Poniżej chyba rodzina słoni. Dużo młodych w zoo w Dublinie świadczy jak dla mnie o tym, że zwierzęta mają się tam dobrze.

rodzina sloni w zoo

Do ogrodu botanicznego już nie zdążyliśmy.

Trinity College

To synonim Dublin University. Naprawdę piękne miejsce, po którym można dłużej pospacerować.

pomnik mężczyzny przed budynkiem Uniwersytetu w Dublinie

Im dalej od zabytkowych budynków, tym mniej tłumu. Nowoczesna architektura świetnie wpasowuje się w sąsiedztwo starych budowli.

rzeźba w kształcie kuli

Muzea Narodowe: archeologiczne i historii naturalnej

Muzea narodowe, podobnie jak w UK, utrzymują się z dotacji i nie prowadzą sprzedaży biletów. Wybraliśmy dwa: archeologii i historii naturalnej. To pierwsze trochę mnie rozczarowało. Spodziewałam się jakiegoś efektu wow i mnóstwa ciekawych eksponatów prehistorycznych. Moją ciekawość budzili zwłaszcza torfowi ludzie, czyli zmumifikowane zwłoki znalezione w bagnach. Prawdopodobnie były to ofiary rytualnych mordów, ale prawda jest taka, że do dziś w Irlandii giną ludzie i bardzo możliwe, że zwłoki trafiają do tych samych bagien… Niektóre niewyjaśnione zaginięcia tak można by wytłumaczyć. Mogły one mieć związek z polityczno-terrorystyczną sytuacją w Irlandii. Może zwiedzanie tego muzeum to większa gratka dla specjalistów. Było ok., ale to nie koloseum 😉

fragment torfowej mumii w muzeum

Muzeum historii naturalnej też wydawało mi się dość małe jak na muzeum tej rangi, ale chyba bardziej mi się podobało. Część ekspozycji była zamknięta, więc można było dość szybko przejść przez kilka sal. Ogrom eksponatów (i ich ilość, i wielkość poszczególnych) robił wrażenie. Do tego cisza, muzealne światło i można było poczuć jakąś taką lekko podniosłą atmosferę.

szkielet wieloryba i inne eksponaty muzealne

Temple Bar, Love Lane, mosty i miasto

Temple Bar to dzielniczka w centrum, gdzie warto wejść do pubu i wypić prawdziwą kawę po irlandzku (kawa, mleko, cukier i whiskey). Taką kawę znajdziecie raczej w pubie niż w kawiarni.

szklanka kawy po irlandzku

Celem odtworzenia tego przepisu przyjechała ze mną butelka whiskey kupiona na lotnisku – pierwszy raz się spotkałam z praktyką, że duty free tyczyło się tylko produktów wywożonych poza UE (a nawet może EEA).

Zakochani mogą przespacerować się Love Lane (podobno są nawet dwie uliczki o tej nazwie w Dublinie).

romantyczna uliczka Love Lane w Dublinie

W Dublinie jest kilka ładnych mostów. Poniżej Ha’penny Bridge, jak potocznie nazywany jest ten most na dublińskiej rzece Liffey.

most Ha'penny w Dublinie

Warto zobaczyć też Spire of Dublin.

Spire of Dublin na tle zachmurzonego nieba

I inne ładne miejsca.

metalowe szyldy przed hotelem w Dublinie

Coś starego.

wieża kościoła za żelaznym ogrodzeniem

I coś nowoczesno-hipsterskiego (momentami nawet trochę trąciło mi Berlinem). A może po prostu wszystkie duże miasta są trochę podobne?

mural przedstawiający różową ośmiornicę na budynku w Dublinie

Zwiedzanie Dublina – podsumowanie

Ogólnie wycieczka bardzo udana. Spokojnie można wybrać się też na trzy dni i nie nudzić. Najlepiej pewnie zwiedza się latem, kiedy jest w miarę ciepło i dzień jest długi. Dzięki temu można nawet zwiedzać pieszo – chodzenie przez całe miasto w deszczu pewnie nie jest już takie super. Jak ma się więcej czasu, można też chociaż na pół dnia zajrzeć gdzieś za miasto – są tam np. wioski rybackie, które wyglądają naprawdę ciekawie. Z drugiej strony czytałam też, że miasto wygląda niesamowicie na Halloween – może warto rozważyć również ten termin. I to może jeszcze w tym roku, bo Brexit może skomplikować sytuację Irlandii. Trochę żałuję też, że nie udało się skorzystać z życia nocnego, ale wstawanie o 4 rano (obudziłam się już chyba o drugiej) i cały dzień chodzenia po mieście oraz inne ważne sprawy nie pozwoliły zajrzeć wieczorem do Temple Bar.

Miasto jest naprawdę przyjemne. Może nie jest bardzo tanie, jak na polską kieszeń, ale przynajmniej nie trzeba się obawiać, że ktoś Was oszuka i okradnie, jak robi się to standardowo we Włoszech, o czym pisałam tutaj. Skoro płacimy, to wiemy za co i przeważnie jest to warte swojej ceny. Płacimy i mamy komfort, bezpieczeństwo, spokój oraz jakość.

Myślę, że dla Polaków nie mieszkających na dłużej na Wyspach Dublin będzie też bardziej egzotyczny i będzie większy efekt wow niż u mnie 😉 Większość nie będzie mieć też bariery językowej. Osobiście zdecydowanie wolę przebywać turystycznie czy na stałe w krajach anglo- lub niemieckojęzycznych, gdzie mam pewność, że się dogadam w każdej sytuacji. Dlatego na przyszłe wakacje planuję wyprawę na Maltę 🙂 Mam nadzieję, że mimo lokalizacji w Europie południowej będzie tam jeszcze coś z angielskiego stylu życia 😉

Myślę też, że temat Irlandii nie został wyczerpany 😉 Jak tylko w przyszłym roku nadejdzie fala upałów, a czas i finanse pozwolą (w planach już inny wyjazd za granicę, standardowo dwa urlopy rocznie w Polsce, a za rok Malta), to motocykl, prom i moto zwiedzanie Irlandii, a najlepiej obu 🙂 A jak nie w przyszłym roku, to w kolejnym 😉 Na pewno mam to na mojej turystycznej wishliście.

You may also like