Jak czytać badania naukowe

autor dnia

Jeśli nie chcecie czytać historii mojej edukacji, tego jak kiedyś wyglądały studia i co mnie skłoniło do czytania badań naukowych nie z mojej dziedziny, to pomińcie pierwszą część posta i zajrzyjcie od razu do praktycznej: Badania naukowe – czy powinniśmy im wierzyć?

Moja historia

Studia: biblioteka i bibliografia

Na początek mały disclaimer 😉 Nie jestem naukowcem 😉 Studiowałam w Polsce w tak zamierzchłych czasach, że człowiek chodził osobiście do biblioteki, szukał książek w katalogach kartkowych, wypełniał rewersy jak w jakimś archiwum, a w niektórych bibliotekach bibliotekarka albo dawała książki, jak miała humor, albo nie dawała…

Jako że była to najstarsza uczelnia wyższa w kraju i szanujący się instytut, to już od początku słyszeliśmy, że edukacja na uniwersytecie (w domyśle, wiadomo: tym naszym uniwersytecie 😉 ) różni się od edukacji na innych uczelniach tym (wtedy jeszcze nie każda akademia czy szkoła wyższa nazywała się uniwersytetem 😉 ), że zdobywamy tam… erudycję 😉 Chodzenie do Jagiellonki, jak potocznie mówiliśmy na najbliższy oddział Biblioteki Narodowej, to też była cała przygoda. Masywne drewniane stoły, wielkie księgi, ciemne sale, tajemnicze zakamarki…

Studia w praktyce mało praktyczne

Zdobywanie obiecanej nam erudycji  😉 polegało m.in. na tym, że siedzieliśmy w bibliotece i uczyliśmy się potem robienia bibliografii do prac na zaliczenie ćwiczeń z literatury 😉 Przyznam od razu, że skończyłam filologię, a więc kierunek humanistyczny, ze specjalnością pedagogiczną. Generalnie bardzo źle prowadzone od pewnego momentu zajęcia obrzydziły mi do tego stopnia literaturę, że wybrałam na magisterium specjalizację językoznawczą.

Językoznawstwo, przynajmniej na uczelniach amerykańskich czy w ogóle w świecie anglosaskim, w którym teraz żyję, to kierunek ścisły (science, w odróżnieniu od arts i humanities). Także tego, twarda nauka 😀 Oczywiście nie w Polsce, czy w Niemczech, gdzie też studiowałam w ramach wymiany studenckiej na całkiem niezłej uczelni, takiej przez którą przewinęły się dziesiątki noblistów z Einsteinem włącznie i która występuje w światowych rankingach uniwersyteckich na jakiejś sensownej pozycji (nie nr 800+ jak najlepsze polskie uczelnie).

Papier i przełom: Wikipedia

Niemniej studia kilkanaście czy nawet kilka lat temu i to na kierunku humanistycznym wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Pomijając już w ogóle zasadność, naukowość i praktyczność takich kierunków… Chyba na drugim roku studiów po raz pierwszy zobaczyłam… wydruk z Wikipedii! Nie miałam pojęcia, co to w ogóle jest i wydawało mi się podejrzane wraz z osobą, która niedawno przeniosła się z innej uczelni i przyniosła ze sobą coś takiego…

Skoro jest na papierze to jest prawdziwe

Cała naukowość na naszym kierunku polegała przez pierwsze 3 lata na pisaniu co semestr prac na zadany temat z literatury… Za punkt honoru wykładowcy przyjęte mieli nauczyć nas robienia bibliografii… No, właśnie. Nie że jakiejś selekcji źródeł, tylko: robienia przypisów! Długo miałam wpojone, że to, co ma formę książki, jest wydrukiem (nie z Wiki 😉 ), to jest nieomal święte i traktowałam bezkrytycznie wszystko, co znajdowało się w bibliotecznym sanktuarium. Chociaż trzeba przyznać, że jakiś wielkich kontrowersji wpływających na moje życie nie zauważyłam ani w dziedzinie historii literatury, ani w językoznawstwie, ani metodyce nauczania języka obcego.

Cytaty, podanie nazwy wydawnictwa i miejsca wydania, okraszonych przecinkami i innymi znakami specjalnymi w odpowiednim miejscu narzuconym przez schemat, to był narzucony nam priorytet! Nic dziwnego, że potem nie umiałam napisać pracy magisterskiej, bo jak? Co można naukowego i oryginalnego nagle stwierdzić, przez lata przepisując i przypisując czyjeś publikacje?

absolwenci studiów w granatowych biretach na promocji w Collegium Novum

Dostęp do informacji w Polsce i za granicą

Problemy były wtedy zupełnie inne. Nie nadmiar czy jakość informacji, bo co już znalazło się w bibliotece uniwersyteckiej, było święte, choćby zupełnie przestarzałe. Problemem było wypożyczyć książkę. Znaleźć cokolwiek. W Niemczech szalałam w bibliotekach. Jak to, mogę wypożyczyć 25 książek z biblioteki każdego instytutu?! No, to biorę! Komputery, bazy danych, dostęp do czasopism naukowych. Prawie całą bibliografię do magisterki zebrałam, chodząc w jednej berlińskiej bibliotece w jedno popołudnie od regału do regału. Efekt kuli śnieżnej. Znalazłam jedną książkę, otwierałam na końcu, przeglądałam bibliografię i tak kolejne, i kolejne. Zamówić sobie za 1 euro książkę z biblioteki w innym mieście czy kraju? Proszę bardzo!

Potem porwałam się na doktorat z translatologii, bo zawsze bardziej interesowało mnie tłumaczenie, przeniosłam się z Polski do Niemiec, a następnie miałam różne przygody, w tym, jak mi się wydawało, szczyt kariery naukowej i zawodowej (zawsze jak tylko pomyślałam: „mogło by tak już w sumie zostać”, to był znak, że chcę się przekonać, ze dobrze mi w złej sytuacji i że powinnam stamtąd uciekać, zanim wszystko runie), spełnienie wszelkich marzeń (to w myśl zasady: beware what you wish for), a tak naprawdę głównie szczyt stresu, kryzysu w strefie euro, zaliczyłam własną działalność, walkę z postpruską biurokracją i niemiecką niechęcią do Polaków, egzamin państwowy dla tłumaczy, a ostatecznie rzuciłam studia i wyjechałam do UK…

Problemy ze zdrowiem impulsem do zmiany zainteresowań

W tym wszystkim zaczęło mi szwankować zdrowie (np. nie byłam w stanie zasnąć przez całą noc) i forma fizyczna, więc zabrałam się za zgłębianie tego tematu i robię to do dziś. Rok po czytaniu o jedzeniu kaszy i słuchaniu podcastów o stresie psychologicznym, odkryłam paleo i wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze 😉 Powoli. Z niektórymi problemami jeszcze walczę, inne pokonałam, a czasem jedne zastępują drugie, a przez to ciągle się uczę. Żaden temat nie wydaje mi się tak ważny i ciekawy jak zdrowie. Nie ma nic, co mogłoby mnie dotyczyć bardziej.

Czego paleo nauczyło mnie o nauce

Główna nauka płynąca z paleo, oczywiście oprócz tego, co jeść i jak żyć 😉 (więcej o stylu życia paleo tutaj) dotyczy selekcji informacji. Misją paleo stało się, a może musiało się stać… obalanie mitów. Obalanie mitu zdrowego dla wszystkich jogurtu i chleba pełnoziarnistego, dobrych dla zdrowia i środowiska diet wege, krótkiego życia naszych przodków itd.

Prawdziwego wyszukiwania i selekcjonowania praktycznych informacji oraz czytania badań naukowych nauczyłam się nie na studiach magisterskich ani doktoranckich, tylko później, w swoim czasie wolnym, czytając książki, blogi, badania, ich analizy i abstrakty, słuchając podcastów (moje ulubione audycje znajdziecie tutaj) oraz prowadząc często długie, a czasem nawet zawzięte dyskusje na różnych grupach Facebooku. Klęska systemu formalnej edukacji? Chyba tak.

Przy czym często właśnie te paleo grupy na Facebooku były najbardziej postępowe, najbardziej na bieżąco z doniesieniami naukowymi i najlepiej zorientowane co do selekcji informacji oraz posiadające sztukę merytorycznej i racjonalnej argumentacji. Jak czasem nie wytrzymam i wdam się w jakąś dyskusję na innej grupie, nieważne, czy poświęconej kosmetykom, olejkom eterycznym czy czemuś tam jeszcze, to merytoryczność dyskusji i jakość argumentów są często niestety bardzo niskie.

Perspektywa jest najważaniejsza

Paleo uczy też perspektywy. Jaki sens i wartość mogą mieć badania przeprowadzone przez kilka miesięcy lub nawet lat, dowodzące rzekomo, że jajka czy mięso są szkodliwe, jeśli wiemy, że ludzie jedzą je z korzyścią dla siebie od setek tysięcy, a nawet milionów lat? Ile taka informacja jest warta? Bez wielkiego wnikania w błędną metodologię badań lub CV i ideologię badaczy, z góry wiadomo, że zero.

Paleo uczy też pytania: co było wcześniej? Spróbujcie zadać sobie to pytanie, próbując rozwiązać jakiś swój bieżący problem. Można dojść do ciekawych wniosków 😉 Tak Robb Wolf doszedł do diety paleo, a ja do termosów vintage z prawdziwym korkiem i innych ciekawych pojemników na jedzenie i napoje, o czym pisałam tutaj 😉

Dlaczego na studiach nie uczy się czytania badań naukowych?

Bo na studiach w Polsce uczy się historii filozofii, łaciny i innych niepraktycznych rzeczy albo może i praktycznych, ale tak uczonych, że do niczego się nigdy nie przydadzą. Łacina może i by mi się przydała do genealogii albo botaniki, które zainteresowały mnie po studiach, ale  przecież lepiej tłumaczyć czytanki na poziomie „ecce porta” niż przypadkiem nauczyć kogoś czegoś, co mogłoby mu się w życiu przydać. W świecie internetu i dr Google ludzie nie umiejący wyszukiwać, selekcjonować i weryfikować informacji są po prostu bezradni i skazani na błędy oraz życie w informacyjnych bańkach podsuwanych im przez media społecznościowe i ich algorytmy. A tymczasem na studiach przestarzały program nauczania, kadra, pomoce naukowe (kreda, kserówka) i infrastruktura. Pewnie nie na wszystkich, pewnie jest już lepiej. Ale czy wystarczająco?

słuchawki i kubek herbaty na stoleBadania naukowe – czy powinniśmy im wierzyć?

Jak wygląda praca naukowca – presja i publikacje

Jedną z najbardziej wartościowych informacji są badania naukowe. W idealnym świecie moglibyśmy i powinniśmy polegać głównie na wynikach badań naukowych. Ale nie żyjemy w świecie idealnym. To, że coś jest badaniem naukowym jeszcze nic nie znaczy. Może to być oszustwo (więcej o coraz głośniejszych retrakcjach publikacji naukowych w podcaście The Guardian „Scientific retractions and fraud explored”, dostępnym tutaj), propaganda, kryptoreklama, mnóstwo innych rzeczy, tylko nie prawda objawiona, której niektórzy od badań oczekują i… są rozczarowani, gdy jej nie otrzymują.

Publikuj albo zgiń

Naukowcy pracują pod coraz większą presją: ograniczone czasowo kontrakty, aplikacje o granty, silna konkurencja, wyścig po Nobla i inne nagrody, kultura publish or perish. Naciski religijne, polityczne, społeczne. Polecam posłuchać kolejnego podcastu The Guardian, „What role should the public play in science?”, dostępnego tutaj, o tym, jak naciski chorych na CFS na naukowców uniemożliwiają im prowadzenie badań nad tą chorobą. Tym bardziej fascynujące, że takich ataków dopuszczają się osoby, których jednym z głównym problemów jest silne i przewlekłe zmęczenie uniemożliwiające lub bardzo utrudniające codzienne funkcjonowanie. Dla mnie ten podcast był niezwykle ciekawy, bo sama mam nieprzyjemne doświadczenia z przedstawicielem tej społeczności i naciskami na sposób przedstawienia tej jednostki chorobowej…

Naciski na naukowców ze strony szemranych czasopism, retrakcje, brak replikowalności wyników badań (problem typowy dla psychologii – ktoś robi super eksperyment, słynny na cały świat, ale niech ktoś inny spróbuje go powtórzyć…) – o  tym wszystkim dowiecie się więcej z fascynującej rozmowy z dr Marszałkiem, polskim naukowcem pracującym w zagranicznych czasopismach naukowych jako redaktor. A jak już wiemy z podcastów The Guardian, retrakcje wcale nie są takie częste i udowodnienie komuś oszustwa wcale nie takie łatwe. Wymaga dużych umiejętności (statystyka), zasobów (dostęp do publikacji, narzędzi), kosztuje dużo czasu i pracy, za które niekoniecznie ktoś otrzyma wynagrodzenie.

Jak działają naciski ideologiczne, w tym wypadku prowegańskie, zwłaszcza poparte pieniędzmi, możecie dowiedzieć się z tej rozmowy związanych z paleo, zdrowiem przodków (ancestral health) i zrównoważonym rozwojem Chrisem Kresserem i Dianą Rodgers, którzy analizują tutaj publikację „Food in the Anthropocene: the EAT–Lancet Commission on healthy diets from sustainable food systems”.

A gdzie tu jeszcze zwykłe błędy, niedopatrzenia, źle postawiony przecinek czy kropka w liczbach? A manipulacje statystyczne? Robienie badań pod tezę, żeby udowodnić to, co chcemy udowodnić?

Kwalifikacje czy koligacje?

Jak widać, jeśli ktoś myśli, że naukowcy to nieskalani mędrcy siedzący w wieży z kości słoniowej, wyniesieni ponad świat, którym obce są kwestie kariery, pieniędzy, ideologii i wszystkiego, co ludzkie, to jest bardzo naiwny. Z własnego doświadczenia oraz moich znajomych na innych kierunkach (w tym bardziej lukratywne i przez to szanowane w społeczeństwie medycyna lub prawo) mogę dorzucić też to, że nie każdy, kto kończy studia i uzyskuje tytuły zawodowe oraz naukowe musi być szalenie inteligentnym pasjonatem swojej dziedziny.

Część osób dalej kończy studia i zostaje na uczelni po znajomości. Są tam klany rodzinne i kliki oraz towarzystwa wzajemnej adoracji, a często lepsze rezultaty można uzyskać, używając wątroby niż mózgu… Chociaż liczę, że w tej kwestii jest coraz lepiej i takie przypadki są wyłapywane przez system kontraktów, publikacji i grantów (stworzony także właśnie po to) i posiadanie stanowiska tylko przez zasiedzenie się odchodzi powoli w przeszłość. Słowa jak nepotyzm i synekura powinny już dawno pozostać archaizmami… W związku z powyższym pseudo argument, że „pisał to dietetyk/lekarz/profesor itd.” powoduje u mnie wybuch śmiechu. Nawet w szanowanych profesjach zdarzają się niestety zgniłe jabłka, a to że coś jest na piśmie czy ekranie też nic nie mówi o jakości tej treści…

Prawda czy pieniądze?

Być może w niektórych dziedzinach jak fizyka, geologia czy astronomia do tej prawdy objawionej, wiecznie obowiązującego prawa i niepodważalnych wniosków, które raz na zawsze powiedzą nam, jak żyć, tak jak większość z nas tego mniej lub bardziej skrycie oczekuje, jest bliżej niż w dziedzinach takich jak dietetyka. Albo pewnych dziedzinach pseudonaukowych czy raczej pretendujących do rangi nauki (osobiście wróżę im przyszłość astrologii, która gościła na średniowiecznych uniwersytetach 😉 ), których nawet nie będę wymieniać tu z nazwy, żeby nie obrażać ich fanów, zwolenników, praktyków i klientów. Mam ich nawet wśród znajomych i często lubię 😉 A niektórzy są naprawdę święcie przekonani o skuteczności i słusznych podstawach tych pseudonaukowych dziedzin… Zresztą muszą być, jeśli za coś takiego chcą płacić lub pobierać pieniądze 😉

Czynnik ludzki to problem i rozwiązanie zarazem. Problem, bo nikt nie jest doskonały, a naukę tworzą ludzie, więc nie może ona być doskonała. Rozwiązanie, bo wiedząc o tym, możemy używać mózgu do odsiewania ziarna od plew. To, co znajdziemy nie będzie może doskonałe, ale może być tej doskonałości tak bliskie, jak to tylko możliwe.

Jakie są rodzaje badań naukowych i czego możemy się z nich dowiedzieć

Poznaliśmy się, pozbawiliśmy złudzeń, przejdźmy teraz do konkretów 😉 Jak czytać badania naukowe? Albo w ogóle jak je selekcjonować, żeby wiedzieć, co czytać, a co wyrzucić do kosza, żeby nie tracić czasu i… nie zaszkodzić sobie? Jakie są realne i racjonalne oczekiwanie, które możemy żywić względem osiągnięć nauki? Poniżej przedstawię Wam moje rozumowanie, wypracowane przez ostatnich kilka lat na użytek własny z różnych elementów układanki. Nikt mnie tego formalnie nie uczył. Nie jest ono pewnie doskonałe, ale podejrzewam, że gdyby wszyscy użytkownicy Facebooka wiedzieli chociaż tyle, zaoszczędziło by mi to wielu bezproduktywnych dyskusji 😉

Kto czyta badania naukowe

Przeważnie w oczy rzucają mi się osoby, które znajdują się na krańcach spektrum. Pozwolę tu sobie delikatnie przekoloryzować 😉 Na pierwszym są osoby, które znalazły coś, cokolwiek, a już zwłaszcza coś, co mi odpowiada i są zachwycone. Wow, badanie prowadzone na 11 osobach przez tydzień, z tego 2 uzyskały jakąś tam poprawę. Super, to teraz wprowadźmy to w życie nas wszystkich, zbudujmy produkt, biznes i reklamujmy. Już od razu, bo przecież naukowcy udowodnili! Naprawdę? Na garstce osób przez tydzień?

Na drugim krańcu spektrum są osoby, które mają nieufny, z zasady podejrzliwy, czasem drwiący stosunek do wyników badań. No, jak to, badanie nad lekiem na raka na komórkach w laboratorium? No, chyba wolne żarty! Jeszcze będą nas chcieli tym potem truć!

Co dają nam oba te podejścia? Nic dobrego. W pierwszym przypadku taka osoba może sobie zrobić krzywdę, bo za szybko wypróbuje coś, co jej lub komuś zaszkodzi, a odrzuci np. konwencjonalne i bezpieczniejsze metody leczenia, a w drugim przypadku taka osoba np. nie zdecyduje się na udział w badaniach eksperymentalnych, które jako jedyne mogłyby dać jej szansę na wydłużenie lub zachowanie życia…

preparat do płukania zatokCo możemy zyskać, czytając badania naukowe i jak to robić

A co innego mogłyby nam dać takie badania? Co mnie daje czytanie badań? Inspirację…

Rozczarowani? To za mało? Niekoniecznie. Kiedy widzę badania na komórkach, zwierzętach, a nawet na ludziach: studium przypadku, jakąś relację klinicysty, to nie oznacza, że natychmiast powtórzę eksperyment na sobie i zreplikuję ich wyniki.

Krytyczne czytanie i myślenie

To oznacza, że zacznę myśleć. Zacznę czytać. Zacznę szukać. Aha, nagle zamiast jednego badania na zwierzętach mam kilkanaście różnych. Wszystkie wskazują na podobny mechanizm i wyjaśniają go w ten sam sposób. Zacznę się zastanawiać, czy mogę coś podobnego zrobić sama, nie zaszkodzić sobie, a najlepiej jeszcze pomóc… Może skomponuję podobną mieszankę ziołową? Albo zrobię maść z jakimś składnikiem? Albo pastę do zębów? Może zmienię rodzaj aktywności fizycznej albo ekspozycję na światło w mieszkaniu? Albo użyję olejku o innym chemotypie czy w innym stężeniu? Dzięki temu podejściu i siedzeniu w literaturze udało mi się wyleczyć atopowe zapalenie skóry czy przewlekłą niedrożność zatok.

Szukajcie a znajdziecie?

Przez długi czas miałam, chyba wpojone, przekonanie, że na każde pytanie gdzieś jest odpowiedź i wystarczy tylko naprawdę, naprawdę dobrze jej poszukać. Tak doczytałam się do tematu pH skóry, szczelności bariery skórnej, biofilmów bakteryjnych, diety paleo, carnivore i wielu, wielu innych, o których pisałam na blogu.

Dopiero od niedawna widzę, że dokopuję się do takich tematów (dot. np. gospodarki hormonalnej), że znajduję bardzo niewiele informacji. Wtedy bardzo często we wnioskach, a nawet już wstępie do publikacji naukowej, czytam, że tak naprawdę niewiele wiadomo na dany temat. Mam wtedy trochę wrażenie, że dokopuję się do granic danej dziedziny. Staję przed murem, za którym jest już tylko jedna wielka niewiadoma… Jest to trochę rozczarowujące, frustrujące wręcz. Ale wiem, że z czasem nauka przesunie te granice dużo, dużo dalej i jest to naturalne, że te granice są płynne i ciągle się przesuwają…

Rodzaje badań naukowych

Nie wiem, jak jest w Waszej ulubionej dziedzinie 😉 i może ma ona swoją specyfikę, ale ja przedstawię Wam wnioski z czytania badań i ich analiz dotyczących głównie: diety, aktywności fizycznej, zdrowego trybu życia (sen, rytm dobowy), suplementacji, aromaterapii, ziołolecznictwa, medycyny, w tym tradycyjnej i naturalnej, szeroko pojętego zdrowia. Dla przykładu, w kręgu moich zainteresowań leżą takie tematy jak mikrobiom oka, układ endokanabinoidowy czy kurkumina.

In vitro czy in vivo, oto jest pytanie

Badania naukowe i to powie Wam każdy, kto ma z nimi styczność, mają różną wagę czy wartość. Prześledźmy to na przykładzie stworzenia leku dla ludzi. Niech ma on formę odpowiednio skomponowanego ekstraktu roślinnego. Ideałem było by, gdyby naukowcy zaczęli od badań na in vitro. Czyli pozaustrojowych, laboratoryjnych, na liniach komórek, wyizolowanych tkankach itd. Są one pierwszym krokiem, najbezpieczniejszym i często najmniej kosztownym.

Model zwierzęcy

Przeciwieństwem in vitro, kolejnym etapem (chociaż nie zawsze zaczyna się od in vitro), są badania in vivo, czyli w ustroju, na żywym organizmie. Tutaj możemy mieć badania na zwierzętach lub ludziach. Powiedzmy, że badania na innych organizmach nas tak bardzo nie interesują, bo badania na zwierzętach mają dla nas sens i znaczenie głównie dlatego, że model zwierzęcy jest zbliżony do modelu ludzkiego.

Jeśli jakaś substancja przeszła pomyślnie badania w probówce i na myszach, wygląda na bezpieczną i skuteczną, można zacząć myśleć o badaniu jej na ludziach. Po drodze mamy całą biurokrację i znalezienie sponsora badań, a w końcu publikację… Tutaj można zacząć się zastanawiać, czy każdy ma czas czekać nie wiadomo ile na wyniki ostatecznych badań na ludziach. Czy jeśli coś jest generalnie uznane za bezpieczne, czyli nie zaszkodzi, a może pomóc, to czy nie warto wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć eksperymentować na sobie? To opcja dla zaawansowanych lub zdesperowanych…

Badania na ludziach

We wszelkich badaniach, ale w tych na ludziach szczególnie, trzeba zadać sobie kolejne pytania. Pozwolą nam one uszeregować badania. Od najmniej ważnych do najważniejszych i najprzydatniejszych, najbardziej dla nas wiarygodnych. Tutaj powinniśmy sobie zadać kilka pytań. Jak długo prowadzono badania? Tydzień, miesiąc, rok, 5 lat?

Na jakiej populacji prowadzono badania? 1 osoba? 5? 10? 10 tysięcy? Wiadomo, że im dłużej, tym lepiej, im więcej, tym też lepiej… Czy badania były kontrolowane, tzn. czy była grupa kontrolna przyjmująca placebo? I czy były randomizowane, tj. osoby w grupie przyjmującej lek i placebo znalazły się losowo? A może w grupie otrzymującej lek były osoby z nowotworem w I stadium, a w kontrolnej w IV stadium? Czy do badań trafiły tylko osoby określonej płci?

Badania tylko na białych młodych mężczyznach

Niestety wiele lat badania prowadzono tylko na określonych populacjach. Z tego względu kobiety nie zawsze otrzymują odpowiednie dla nich leki i opiekę medyczną. Nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Więcej na ten temat w podcaście The Guardian „Gender data gap and a world built for men”, który znajdziecie tutaj. Czy do badań trafili tylko studenci jakiegoś amerykańskiego uniwersytetu, bo na nich jako najłatwiej dostępnych, prowadzi się wiele badań? Czy może mamy problem z tzw. healthy user bias? W badaniach epidemiologicznych może to polegać na tym, że badamy wpływ mięsa na zdrowie, wybierając do badań wegan i wegetarian z jednej strony, którzy ćwiczą i kupują ekologiczną żywnoś. A z drugiej strony jedzących fastfoody otyłych i palących papierosy wszystkożerców…

Jaką wartość mają badania epidemiologiczne

Odnośnie metodologii badań można się też zastanawiać, jaką wartość mają badania epidemiologiczne, polegające na wypełnieniu ankiety typu, co kto jadł przez ostatni miesiąc. Pamiętacie swoje śniadanie w zeszły czwartek? Ile zjedliście kalorii dwa tygodnie temu w środę i jakie było makro w ostatnią sobotę? Idźmy dalej… Czy była tzw. podwójna ślepa próba, tzn. ani pacjent, ani naukowiec nie wiedział, kto przyjmuje lek, a kto placebo?

lekarstwa używane w rzymskiej armiiTutaj oczywiście można się zastanawiać, czy np. realne jest zrobienie badań nad dietą paleo z podwójnie ślepą próbą 😉 A skoro nierealne, to czy należy odrzucić paleo, bo nigdy nie osiągniemy złotego standardu naukowego? Czy może wyjść z założenia, że mamy na tyle różnych dowodów, że jest bezpieczna i może komuś pomóc, żeby zdecydować się na eksperyment własny? 😉

Badania naukowe – czy zawsze są konieczne

Czy musimy wszystko badać? Czy musimy kazać komuś skoczyć z 10 piętra, żeby wiedzieć, co się stanie?

Zdrowy rozsądek przede wszystkim. Ale czy np. tradycja może nam zastąpić zdrowy rozsądek i badania naukowe? Niekoniecznie. Tradycja stosowania jakiegoś środka może być dla nas podpowiedzią, co robić. Ale najlepiej, gdyby była dla nas… inspiracją do badań naukowych. Jeśli badania i tradycja wskazują na to samo – strzał w dziesiątkę, sytuacja idealna. Bardzo często tak właśnie bywa. Rozsądek, intuicja, tradycja to wszystko może nam podpowiedzieć, co jest dla nas dobre. Ale nie zawsze tak właśnie jest. Macie ochotę na tradycyjną herbatkę z mięty polej? Ja nie, bo mimo tradycji stosowania jej w celach leczniczych, badania naukowe pokazały, że zawiera ona hepatotoksyczny pulegon (więcej na ten temat we wpisie o mięcie dostępnym tutaj na Aromastronie).

Na koniec jeszcze warto przyjrzeć się sylwetkom badaczy. Czy nie mają konfliktu interesów? Kto ich sponsoruje? Czy może w życiu prywatnym hołdują jakieś ideologii, co może przekładać się na wybór tematów badawczych, a nawet bibliografii…

A absolutną wisienką na torcie jest replikowalność (powtarzalność) wyników badań. Ktoś je przeprowadził na drugim końcu świata i uzyskał dokładnie te same wyniki czy skrajnie różne?

Metaanaliza prawdę Ci powie?

Za najwyższy standard przyjmuje się badania kontrolowane z podwójnie ślepą próbą. A za najwięcej znaczące uważa się przeglądy literatury i metaanalizy. To one dają najszerszy pogląd na stan wiedzy na dany temat. Metaanalizy wyciągają dane z wyselekcjonowanych przez ich autorów badań. To może oznaczać, że wysnute tam wnioski będą się opierać na setkach tysięcy, a nawet milionach przebadanych osób! Często w dłuższym okresie. Brzmi cudownie i jak rozwiązanie naszych problemów? Studia przypadków do kosza i od dziś czytamy tylko metaanalizy? 😉 Niestety to za piękne, aby było prawdziwe 😉 Jeśli mimo wszystko do metaanalizy weszły źle zrobione badania, to cała metaanaliza traci wartość, jest powieleniem i magnifikacją wcześniejszych błędów. Więcej szkody niż pożytku…

Sprzeczne wyniki badań naukowych

Co robić, jak żyć? Zwłaszcza jeśli badania nie są ogólnodostępne, tylko znajdują się w płatnej bazie. Są po angielsku, którego nie znamy aż tak dobrze, a na studiach nie mieliśmy statystyki… No, niestety nie ma lekko. Do tego jeszcze jedna osoba na jednym blogu mówi inaczej, niż inna na swoim kanale na youtube. Kogo słuchać? Lekarza, naukowca, dietetyka? Jedna metaanaliza mówi tak, druga inaczej. Co robić, jeśli media nagłaśniają jakieś kontrowersje? Przekręcają fakty, a z roku na rok piramida żywienia wywracana jest do góry nogami?

Jak czytać badania naukowe i jak wyciągać z nich wnioski – podsumowanie

Spokojnie. Wszystkiego nie jesteśmy w stanie przeczytać ani sprawdzić. Nikt nie jest. Nie oczekujmy od siebie cudów. Nie oczekujmy doskonałości od badań naukowych.

Czasem nie trzeba mieć dostępu do całości publikacji i wystarczy skorzystać z abstraktu. Te prawie zawsze są dostępne, w końcu to reklama artykułu i może dzięki niej wydawnictwo złapie klienta na płatną treść. Po co? Żeby wiedzieć, że coś się nie dodaje i reszty czytać nie warto. Czasami, jeśli wybuchnie wielka i bzdurna kontrowersja typu „czerwone mięso szkodzi”, można skorzystać ze skrótu. Przeczytać polemikę, sprostowanie czy inną formę naukową lub popularnonaukową.

Pytanie do eksperta

Można zadać pytanie ekspertowi, do którego mamy zaufanie. Do osoby, która ma kwalifikacje i jej misją jest tłumaczenie języka nauki na nasze. Są osoby, które mają na takie rzeczy czas, zasoby, posiadają odpowiednie umiejętności. To jest to ich praca, sposób na życie, źródło utrzymania, zależy od tego ich reputacja, wizerunek marki, więc przykładają się… Ja po takie polemiki i analizy zaglądam do Chrisa Kressera, Marka Sissona, Paleo Mom, Robba Wolfa czy Diany Rodgers. Zadaję im pytania na Facebooku (czasem na blogu) i często dostaję odpowiedzi albo zapewnienia, że zajmą się tematem. Czasem jak przeczytam u nich recenzję filmu czy książki, to już wiem, że nie będę tracić swojego czasu i nerwów.

A co Ty sądzisz o wynikach badań naukowych?

Albo można zadać sobie kilka powyższych pytań. Na kim robione badania, jak długo, jakimi metodami, przez kogo) i zrobić samemu wstępną selekcję. Nie popadać ani w euforię, ani w depresję na widok badania in vitro ani in vivo na myszach czy na 100 osobach. Należy potraktować je jako… inspirację 😉 Gorzej, jeśli mamy jakiś kawałek gniota, który jeszcze rozdmuchują media. Wtedy trudno się nie irytować… Plus jest taki, że już dzięki powyższym informacjom można się bronić przed takimi szkodliwymi informacjami. A w każdym razie lepiej bronić niż większość społeczeństwa, która nie zadaje sobie elementarnych pytań. I wierzy innym, a nie sobie.

Wiele czynników wspiera nas we właściwej selekcji informacji. To odpowiednia edukacja, wsparcie innych i ciekawość. A także inne cechy jak zwracanie uwagi na szczegóły, szeroka perspektywa (typowe dla paleo: co było wcześniej? jak długo tak było?), zdrowy rozsądek, intuicja (tę da się wyostrzyć doświadczeniem) i tradycja.

You may also like